Gmina Wisznia Mała nie ma kąpieliska ani ogólnodostępnego terenu rekreacyjnego nad wodą. Nie dlatego, że nie było warunków. Warunki były wszystkie: gminny zbiornik wodny, gminny teren wokół niego, zainteresowani przedsiębiorcy, narzędzie prawne, które sam wójt publicznie wskazał — a od 2019 roku nawet zamówiony przez gminę projekt zagospodarowania z wyznaczoną datą realizacji.
Stawiam tezę: degradacja dawnego Ośrodka Wodnego w Wiszni Małej do roli łowiska nie była skutkiem okoliczności, tylko skutkiem zaniechania. Protokoły sesji z dwudziestu lat dokumentują to zaniechanie krok po kroku. Nie zapadła żadna uchwała o zmianie funkcji obiektu. Nie było decyzji, że mieszkańcy rekreacji nad wodą nie potrzebują. Funkcja po prostu wygasła, bo nikt jej nie podtrzymał.
Majątek, który miał służyć wszystkim
Jesienią 2005 roku wójt Stanisław Moik dementował na sesji pogłoski o sprzedaży Ośrodka Wodnego w Wiszni Małej. Protokół odnotowuje jego słowa: gmina nie sprzedała i nie zamierza sprzedać Ośrodka, „jest on własnością Gminy i ma służyć całej społeczności”.
Rok później, przy okazji sporu z prezesem koła wędkarskiego „Złoty Lin” Tadeuszem Gardyną, wójt precyzował status obiektu: staw, zwany ośrodkiem wodnym, gmina przejęła od firmy DEKAR, jest własnością Gminy Wisznia Mała, został włączony do instytucji kultury i zarządza nim dyrektor OKSiR. Koło wędkarskie „ma prawo działać” w ramach ośrodka — a więc wędkarstwo było jedną z form korzystania z obiektu a nie jego przeznaczeniem.
Gmina traktowała wówczas obiekt jak element swojej infrastruktury także w budżecie. W zmianach budżetu na 2007 rok (uchwała V/VII/49/07) w dziale 921 zapisano kwotę 120 tys. zł na zadania z zakresu kultury, wśród których wymieniono remont ośrodka wodnego — obok imprez masowych, wymiany okien w OKSiR i zatrudnienia pracowników. Kwoty nie da się przypisać w całości stawowi, ale sam zapis dokumentuje, że ośrodek pozostawał obiektem, w który się inwestuje.
Rynek się zgłaszał. Wielokrotnie
To najważniejsza część tej historii, bo obala najprostsze wytłumaczenie — że nikt tego terenu nie chciał.
W styczniu 2009 roku wójt Moik informował radnych o spotkaniu „z potencjalnym inwestorem w sprawie działalności Ośrodka Wodnego w Wiszni Małej”. 17 listopada 2009 roku odbyło się kolejne spotkanie — z przedsiębiorcą zainteresowanym „lepszym zagospodarowaniem naszego Ośrodka Wodnego z korzyścią dla wypoczywających”. Dla wypoczywających. Nie dla wędkarzy.
31 października 2011 roku wójt Jakub Bronowicki spotkał się z osobą zainteresowaną wydzierżawieniem ośrodka. W protokole zapisano jego komentarz: „Obecnie zakres usług, które mogą być świadczone w tym ośrodku jest bardzo wąski. Jest nam potrzebny ktoś, kto chciałby zagospodarować to mienie”.
16 kwietnia 2013 roku — kolejne spotkanie z osobą zainteresowaną dzierżawą. Wójt: „czekamy aż wpłynie konkretna oferta”.
Cztery udokumentowane kontakty w ciągu pięciu lat, za dwóch różnych wójtów. Zainteresowanie rynku istniało. Zabrakło drugiej strony transakcji.
Punkt decyzyjny: czerwiec 2011
Kluczowa wymiana zdań padła na sesji w czerwcu 2011 roku. Radny Tadeusz Czyż zapytał, czy gmina podejmowała próby wydzierżawienia kąpieliska w Wiszni Małej. Wójt Bronowicki odpowiedział, że zgłaszały się osoby zainteresowane prowadzeniem kąpieliska, ale nikt nie podjął się renowacji, i dodał: „Nie podejmowaliśmy też żadnego przetargu”. Tłumaczył, że gmina nie jest podmiotem do prowadzenia działalności gospodarczej, że w urządzaniu kąpielisk obowiązują restrykcyjne przepisy, że gminy na to nie stać i trudno o ratowników. A na końcu powiedział zdanie, które czyni z tej sesji punkt decyzyjny całej historii: „Moglibyśmy ogłosić przetarg i zaoferować wydzierżawienie tego obiektu na dłuższy okres czasu”.
Wójt sam zdiagnozował problem (gmina nie poprowadzi obiektu), sam wskazał rozwiązanie (przetarg na długoterminową dzierżawę) i sam przyznał, że rozwiązania nie zastosowano. W protokołach kolejnych lat, które przejrzałem, nie ma śladu ogłoszenia takiego przetargu. Argumenty o przepisach i ratownikach tłumaczą, dlaczego gmina nie prowadziła kąpieliska sama. Nie tłumaczą, dlaczego nie ogłosiła przetargu, który przerzuciłby te ciężary na operatora — a to przecież właśnie wójt wskazał jako możliwość.
Warto przy tym zauważyć, w jaką pułapkę wpadła cała ta debata. Kąpielisko to najbardziej wymagająca prawnie forma rekreacji nad wodą — od 2010 roku wymaga uchwały rady, corocznej ewidencji, badań wody i ratowników. Ale kąpielisko to tylko jedna z wielu możliwych funkcji takiego terenu. Promenada, plaża bez zorganizowanej kąpieli, pomosty spacerowe, gastronomia, teren zabaw — nic z tego nie wymaga ratownika ani ewidencji kąpielisk. Nawet gdyby jakość wody w stawie na trwałe wykluczała kąpiel, nie wykluczałaby żadnej z pozostałych funkcji. Sprowadzenie rozmowy o zagospodarowaniu do pytania o kąpielisko pozwoliło uzasadnić bezczynność argumentami, które dotyczyły wyłącznie najtrudniejszego wariantu — i nie dotykały całej reszty.
Co można było zrobić inaczej? To jest moja interpretacja, wykraczająca poza literę protokołów, więc oznaczam ją wprost: po czerwcu 2011 roku wystarczyło zrobić dokładnie to, co wójt publicznie zapowiedział jako możliwe — ogłosić przetarg na wieloletnią dzierżawę z warunkiem zachowania funkcji rekreacyjnej. Nawet przetarg nierozstrzygnięty zostawiłby po sobie dokument: dowód, że gmina próbowała, i wiedzę, na jakich warunkach rynek byłby gotów wejść. Zamiast tego przez kilkanaście lat prowadzono rozmowy, po których nie został żaden ślad proceduralny.
Mieszkańcy jeździli gdzie indziej
Że potrzeba istniała, widać w tych samych protokołach. W listopadzie 2010 roku Tadeusz Gardyna pytał na sesji o możliwość wjazdu na teren ośrodka samochodem przez osoby niepełnosprawne — obiekt wciąż był miejscem, do którego mieszkańcy chcieli mieć dostęp. W 2012 roku radny Tadeusz Czyż pytał, czy środki gminnego programu profilaktycznego można przeznaczyć na wyjazdy dzieci do ośrodka wodnego — w Trzebnicy. W 2015 roku, przy okazji prezentacji programu „Dolnośląski Delfinek”, wójt informował, że gminy nie stać na krytą pływalnię za ok. 5 mln zł, i kwitował: nasze dzieci uczą się pływać w trzebnickim „Zdroju”.
Zestawienie jest wymowne. Gmina, która deklarowała, że jej własny obiekt wodny „ma służyć całej społeczności”, przez lata odsyłała tę społeczność do obiektów sąsiedniego samorządu — a własny zbiornik pozostawiła jednej grupie użytkowników.
Wizja była gotowa. Narysowana co do pomostu
Najmocniejszy dowód na to, że mówimy o zaniechaniu, a nie o braku możliwości, pochodzi spoza protokołów. W 2019 roku wrocławska pracownia LAX laboratory for architectural experiments opracowała koncepcję urbanistyczno-architektoniczną zagospodarowania terenu stawu przy ul. Sportowej w Wiszni Małej. Powierzchnia opracowania — 3,1 ha — odpowiada gminnej działce nr 299/2. W lutym 2020 roku koncepcję opisywała prasa branżowa.
Projekt przewidywał drewnianą promenadę oplatającą cały zbiornik, piaszczystą plażę z brodzikiem, platformę widokową z pochylnią dla osób z niepełnosprawnościami, hamaki nad wodą, boisko do siatkówki plażowej, pumptrack, plac zabaw, całoroczny budynek z kawiarnią i sauną wpisany w skarpę oraz letni pawilon z wypożyczalnią sprzętu. Charakterystyczne, że nie był to projekt kąpieliska w rozumieniu ustawy — trzonem koncepcji była promenada i wypoczynek przy wodzie, a nie zorganizowana kąpiel, co potwierdza, że argumenty o ratownikach i restrykcyjnych przepisach nigdy nie dotyczyły większości możliwych funkcji tego miejsca. Co znamienne, koncepcja nie wypychała też z tego miejsca wędkarzy: wzdłuż zachodniego brzegu zaprojektowano osobną strefę wędkarską z pomostami przy lustrze wody, odsuniętą od ruchu pieszego. Projektanci pisali wprost, że teren „posiada ogromny potencjał, żeby stać się przestrzenią publiczną dla społeczności lokalnej i ponadlokalnej”.
Innymi słowy: w 2019 roku istniało już gotowe, profesjonalne opracowanie godzące wszystkie funkcje, o które w tej historii chodzi — rekreację dla ogółu, dostępność dla niepełnosprawnych, o którą Gardyna pytał w 2010 roku, i spokój dla wędkarzy. Dokładnie to, czego zabrakło przez poprzednie kilkanaście lat rozmów bez rezultatu.
I teraz najważniejsze. Według metryki projektu opublikowanej w prasie branżowej inwestorem opracowania była Gmina Wisznia Mała, autorami koncepcji Anna Grajper i Sebastian Dobiesz, a kalendarium przewidywało projekt na 2019 rok i realizację na rok 2021. To nie była więc wizja narysowana do szuflady przez pasjonatów. To prawdopodobnie gmina zamówiła projekt zagospodarowania własnego terenu i gmina wyznaczyła datę jego realizacji.
Realizacji nie było. Co więcej, w protokołach sesji, które przejrzałem, nie znalazłem ani słowa o tym opracowaniu — ani prezentacji radnym, ani dyskusji, ani formalnej decyzji o odstąpieniu od realizacji. Czyżby publiczne pieniądze wydano na koncepcję z terminem wykonania, a następnie temat zniknął z forum rady równie bezszelestnie, jak wcześniej znikały rozmowy z kolejnymi dzierżawcami? Zamiast promenady, plaży i kawiarni w Raporcie o stanie gminy za 2025 rok teren figuruje jako wydzierżawiony „przy zbiorniku wodnym dla wędkarzy”.
Uczciwość wymaga odnotowania okoliczności, które mogą tłumaczyć część tego opóźnienia. Planowany rok realizacji — 2021 — przypadł dokładnie na pandemię i późniejszy gwałtowny wzrost kosztów budowlanych. Nie można też wykluczyć, że projekt proceduralnie wciąż żyje: strefa 24SN w opracowywanym planie ogólnym, z terenem plaży i usługami rekreacji w profilu, jest z koncepcją LAX uderzająco spójna i może być śladem jej przenoszenia do dokumentów planistycznych. Jeżeli tak jest, gmina będzie miała okazję to wykazać w najbliższej przyszłości. Na dziś jednak stan faktyczny wygląda następująco: siedem lat po zamówieniu projektu i pięć lat po planowanym terminie jego realizacji nad stawem nie powstało nic, a jedynym udokumentowanym sposobem korzystania z terenu pozostaje dzierżawa dla wędkarzy — i to właśnie ten stan, a nie intencje, podlega ocenie.
Finał: rubryka w raporcie
Dwadzieścia lat po deklaracji Stanisława Moika język dokumentów jest już inny. W Raporcie o stanie Gminy Wisznia Mała za 2025 rok działka nr 299/2 o powierzchni 3,04 ha figuruje wśród nieruchomości oddanych w dzierżawę, z celem określonym słowami: „przy zbiorniku wodnym dla wędkarzy”.
Nie mam nic przeciwko wędkarzom. Łowisko może być elementem dobrze zagospodarowanego terenu nad wodą. Ale między „ma służyć całej społeczności” a „dla wędkarzy” mieści się cała ta historia: zawężenie funkcji publicznego majątku, które nastąpiło bez żadnej decyzji organów gminy — a więc i bez debaty, i bez odpowiedzialności.
Co istotne, teren nie stracił potencjału nawet w dokumentach planistycznych. W opracowywanym planie ogólnym obszar leży w strefie 24SN — zieleni i rekreacji, z profilem obejmującym teren zieleni urządzonej, teren plaży, teren wód oraz usługi sportu, rekreacji i turystyki, przy maksymalnie 10 proc. zabudowy i minimum 80 proc. powierzchni biologicznie czynnej. Planistycznie wszystko jest możliwe do dziś. Zaniechanie nie zamknęło drogi — ono ją tylko przez dwadzieścia lat omijało.
Czy doczekamy w tej sprawie jakiegoś finału, czy jedyny gminny zbiornik wodny pozostanie — jak dziś — we władaniu wędkarzy?
—
Grafika tytułowa została wykonana na podstawie Projektu Zagospodarowania Ośrodka Wodnego w Wiszni Małej autorstwa LAX laboratory for architectural experiment.
—
Post scriptum: ta historia zaczyna się jeszcze wcześniej
Po publikacji tego tekstu dotarłem do artykułu p.t. Model Kultury w Wiszni Małej Władysławy Ratkowskiej z 1992 roku [Okolice : Oborniki Śląskie, Prusice, Trzebnica, 1992, nr 9 z 6.11.1992r.]. Wynika z niego, że historia Ośrodka Wodnego nie zaczyna się w 2005 roku od deklaracji wójta. Zaczyna się trzynaście lat wcześniej — i zaczyna się znacznie wyżej.
Latem 1992 roku gmina przejęła od wrocławskiego „Dekaru” Ośrodek Sportu i Rekreacji, wykupując wyposażenie za około 170 mln ówczesnych złotych — w przeliczeniu na siłę nabywczą to odpowiednik kilkudziesięciu ówczesnych przeciętnych pensji. Autorka wylicza, co gmina zyskała na własność: „kąpielisko, około 2 ha lustra wody, plac zabaw dla dzieci, domki campingowe, korty tenisowe i zarybiony staw. A także boisko do kosza i siatkówki”.
Warto przeczytać tę listę powoli. Kąpielisko. Domki campingowe. Korty. Plac zabaw. Boiska.
Gmina nie kupiła w 1992 roku „terenu z potencjałem”, którego zagospodarowanie można było potem latami rozważać. Gmina kupiła działający ośrodek rekreacyjny — i to w czasach, gdy budżety samorządów były nieporównanie skromniejsze niż dziś. Zarybiony staw był na tej liście jednym z siedmiu elementów, nie jedynym.
To ustalenie zmienia skalę całej opisanej wyżej historii. Po pierwsze, degradacja funkcji nie trwała dwadzieścia lat, tylko ponad trzydzieści — i nie polegała na niewykorzystaniu potencjału, lecz na utracie infrastruktury, która fizycznie istniała i za którą zapłacono. Po drugie, słowo „kąpielisko”, które w 2011 roku padło na sesji w pytaniu radnego Czyża, nie było potocznym skrótem — odnosiło się do obiektu, który jako kąpielisko realnie funkcjonował. Po trzecie wreszcie, deklaracja wójta Moika z 2005 roku, że ośrodek „ma służyć całej społeczności”, nie była obietnicą na przyszłość. Była opisem funkcji, którą to miejsce jeszcze wtedy, przynajmniej częściowo, pełniło.
Pytanie z zakończenia artykułu pozostaje więc w mocy, tylko jego ciężar rośnie. Pytanie nie brzmi już: dlaczego gmina czegoś nie zbudowała? Pytanie brzmi, dlaczego pozwoliła zniknąć temu, co kupiła?
















