Jak od ponad dwudziestu lat działa władza w Gminie Wisznia Mała?
Jeśli ktoś mieszka w gminie od niedawna, łatwo może odnieść wrażenie, że lokalna polityka zaczęła się dopiero po przedostatnich wyborach. Od ilu kadencji rządzi Bronowicki? Od ilu kadencji Ottenbreit jest przewodniczącą Rady? Kto by to spamiętał? Problem w tym, że w Gminie Wisznia Mała wiele spraw ma bardzo długą historię. Te same nazwiska, te same środowiska i podobny sposób sprawowania władzy przewijają się tu od ponad dwudziestu lat. Zmieniają się funkcje, stanowiska i dekoracje, ale centrum lokalnej polityki pozostaje zadziwiająco trwałe.
Brak zainteresowania tą historią — i lokalną polityką w ogóle — jest jednym z największych błędów nowych mieszkańców. To błąd kosztowny, bo właśnie na poziomie gminy pojedynczy głos waży najwięcej. W wyborach ogólnopolskich ginie wśród milionów. Tymczasem w wyborach do Rady Gminy o mandacie radnego może zdecydować kilkanaście, kilka, a czasem nawet jeden głos.
I ten jeden głos może zmienić układ sił w całej radzie. To właśnie tutaj demokracja jest najbardziej namacalna. Nie głosujemy na abstrakcyjne programy partyjne, lecz na konkretnych ludzi, którzy przez pięć lat będą decydowali, czy nasza miejscowość zostanie zauważona, czy po raz kolejny pominięta. Żeby jednak ten głos oddać świadomie, trzeba wiedzieć, na kogo się głosuje.
Cofnijmy się więc o ponad 20 lat. Zarówno wójt Jakub Bronowicki jak i przewodnicząca Małgorzata Ottenbreit — są w polityce od samego początku mojej opowieści. Bronowicki co najmniej od 2005 roku był zastępcą wójta. Ottenbreit już w 2006 roku ubiegała się o fotel przewodniczącej rady. To nie jest „nowo wybrana władza” — to jest to samo środowisko, które z czasem przesunęło się po prostu o jedno krzesło wyżej.
Z PGR-u do Urzędu Gminy
Historia obecnego obozu władzy zaczyna się tam, gdzie kończyła się gospodarka PRL-u. Lata dziewięćdziesiąte były w Polsce czasem gwałtownej transformacji: upadek PGR-ów zmienił życie wielu wsi i wielu rodzin. Zniknęły miejsca pracy, zmieniły się lokalne hierarchie, a dawni pracownicy państwowych gospodarstw musieli odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości.
Ten kontekst jest kluczowy dla zrozumienia Wiszni Małej, bo zarówno Stanisław Moik, jak i Jakub Bronowicki wywodzili się właśnie ze środowiska dawnych państwowych gospodarstw rolnych. Ludzie, którzy wcześniej zarządzali państwowym majątkiem, pracownikami i lokalnymi strukturami organizacyjnymi, po 1989 roku odnaleźli się w samorządzie III RP. Ich droga do urzędu nie była więc przypadkiem, lecz częścią szerszej przemiany, która przetoczyła się wtedy przez całą polską wieś.
W tym sensie historia Wiszni Małej nie jest tylko opowieścią o jednej gminie — jest lokalnym odbiciem tamtych przemian. Z tego właśnie środowiska wyrósł tu obóz władzy, który przez kolejne dekady miał decydujący wpływ na kierunek rozwoju gminy.
Zastępca wójta
Po 2000 roku w Wiszni Małej wyraźnie widać ciągłość lokalnego układu władzy. Najpierw wójtem był Stanisław Moik, a jego zastępcą Jakub Bronowicki; później nastąpiło płynne przejęcie urzędu przez Bronowickiego. Zmieniały się kadencje, radni, hasła wyborcze i kolejne inwestycje — ale główny rdzeń władzy pozostał ten sam.
To przejęcie mogło zresztą dokonywać się stopniowo, jeszcze przed wyborami. Gdy Stanisław Moik startował po raz kolejny w 2006 roku, miał już 63 lata; pod koniec kadencji, w 2010 roku, był 67-letnim mężczyzną. W tej sytuacji naturalne wydaje się, że dużo młodszy zastępca przejmował z czasem coraz większą część bieżącego zarządzania gminą. Formalnie wójtem pozostawał Moik, ale polityczna sukcesja mogła być już wtedy faktem.
Dla jednych taka ciągłość to dowód doświadczenia i stabilności. Dla mnie — przykład zamknięcia gminy w jednym układzie personalnym, który przez lata nauczył się funkcjonować bez realnej kontroli mieszkańców.
Czarny PR
Mechanizm, który podtrzymywał tę ciągłość, można było zaobserwować już w 2006 roku. Nie głosowałem jeszcze wtedy w Wiszni Małej, ale interesowałem się tym, co dzieje się w gminie — i pamiętam, że opinie, jakie słyszałem o kontrkandydacie Stanisława Moika, młodszym o około dwadzieścia lat Krzysztofie Głuchu były jedynie negatywne.
Ten sam schemat powtarzał się przy każdych kolejnych wyborach, gdy o urząd ubiegał się już Jakub Bronowicki. Kontrkandydatów — a przede wszystkim kontrkandydatek — nie brakowało: w 2010 roku ponownie wystartował Krzysztof Głuch, w 2014 roku Magdalena Szymczuk, w 2018 roku Agnieszka Brząkała, Marzanna Jurzysta-Ziętek i Karolina Kempiszak, w 2024 roku Aleksandra Marciniak. I za każdym razem w lokalnym obiegu krążył podobny przekaz: nikt nie jest wystarczająco dobry, wystarczająco przygotowany, wystarczająco doświadczony. Jakby w całej gminie nie było nikogo, kto mógłby choćby spróbować rządzić inaczej niż Jakub Bronowicki.
Skutek jest taki, że gminna polityka została zabetonowana na dekady. A kiedy przez tyle lat rządzi zasadniczo to samo środowisko, mieszkańcy tracą coś bardzo ważnego: możliwość realnego porównania. Nie wiemy, jak wyglądałaby Wisznia Mała, gdyby ktoś inny ustalił priorytety. Wiemy tylko, jak wygląda po latach rządów tych samych ludzi.
Asystent
Na początku swojej pierwszej kadencji Bronowicki uznał, że potrzebuje asystenta i że wśród młodych mieszkańców gminy tylko jedna osoba jest wystarczająco dobra, aby nim zostać. Nazywała się Ottenbreit. Sebastian Ottenbreit. Zbieżność nazwisk nie była przypadkowa: był synem Małgorzaty Ottenbreit, przewodniczącej Rady Gminy.
Sprawa od początku budziła emocje. Wójt powołał na specjalnie utworzone stanowisko niespełna dwudziestoletniego, rozpoczynającego dopiero studia syna osoby kierującej Radą Gminy. Zwolennicy tej decyzji podkreślali jego aktywność, medialne doświadczenie, zainteresowanie kulturą i bogaty — jak na tak młody wiek — dorobek. Krytycy widzieli w tym klasyczny przykład nepotyzmu.
Sebastian Ottenbreit tłumaczył, że zaproponował urzędowi pomoc w kontaktach z mediami i promocji gminy, bo Wisznia Mała „ma czym się pochwalić i trzeba to pokazać”. Jakub Bronowicki wyjaśniał później, że zatrudnił młodego asystenta, ponieważ sam nie radził sobie z promocją gminy i kontaktami z mediami. Z samego pomysłu, pod naciskiem opinii publicznej wójt szybko się jednak wycofał — ale zadania związane z promocją gminy przekazał… Fundacji Ottenbreit, której założycielem i prezesem był nie kto inny, jak były asystent.
I tu pojawia się pytanie, które warto zadać nawet przy założeniu, że sama idea młodego asystenta wójta była ciekawa: dlaczego nigdy nie była kontynuowana? Dlaczego żaden inny młody mieszkaniec gminy nie dostał podobnej szansy? Dlaczego nikt inny nie mógł po kilku latach wpisać sobie do CV: „byłem asystentem wójta Gminy Wisznia Mała”?
Tolerancja
W 2014 roku, podczas kampanii wyborczej Zbigniew Cześniak, kandydat na radnego z komitetu Magdaleny Szymczuk (kontrkandydatki Bronowickiego w wyborach wójta), został dotkliwie pobity podczas rozwieszania plakatów wyborczych w Strzeszowie. Według jego relacji zamaskowani napastnicy krzyczeli, że „wybiją mu z głowy wybory i kandydowanie”. Policja potwierdziła pobicie i wybicie przednich zębów, lecz sprawców nie zatrzymano, dlatego politycznego motywu ataku nie udało się oficjalnie potwierdzić.
Mimo powagi zdarzenia na oficjalnym profilu gminy nie pojawiła się nawet krótka wzmianka ani publiczne potępienie przemocy wobec kandydata.
Z kolei w lipcu 2023 roku, podczas gminnego festynu w Malinie, okazało się, jak mało miejsca jest w gminie na jakąkolwiek krytykę. Członkowie Stowarzyszenia Malin z Natury Zielony, sprzeciwiającego się budowie wielkich hal magazynowych Develii i Hillwood tuż obok domów, wybrali najłagodniejszą możliwą formę protestu: koszulki z hasłami i tort dla wójta.
Te działania okazały się jednak nie do zniesienia dla zwolenników wójta. Gdy ówczesny prezes stowarzyszenia Oleg Krzyżanowski próbował wyjąć tort, dwóch mężczyzn rzuciło się, by mu to siłą uniemożliwić — szarpali go, przyciskali w dół, padały niecenzuralne słowa. Sąd Rejonowy w Trzebnicy prawomocnie skazał jednego z napastników za naruszenie nietykalności cielesnej. Drugi w drodze ugody po prostu przeprosił poszkodowanego.
Wybory samorządowe 2018. Cud nad urną
Marzanna Jurzysta-Ziętek wystartowała w 2018 roku jednocześnie w wyborach wójta i do Rady Gminy. Z Jakubem Bronowickim przegrała, ale w swoim okręgu nr 10 zdobyła mandat radnej — z minimalną przewagą 3 głosów. I właśnie w tym okręgu wydarzyło się coś, co trudno nazwać zwykłą pomyłką. Po zamknięciu lokalu wyborczego okazało się, że z okręgu nr 10 zostało wydanych 23 karty dla wyborców z okręgu 11.
Oba okręgi obsługiwano w tej samej szkole w Krynicznie — i wyborcom jednego okręgu wydawano karty przeznaczone dla drugiego. Można przyjąć najłagodniejszą wersję: chaos, dwa okręgi w jednej szkole, zmęczona komisja…
Jak to możliwe, że ponad 20 wyborców z okręgu 11 nie zauważyło, że otrzymało karty na których nie ma kandydata z ich okręgu?
Po proteście wyborczym głosowanie unieważniono i powtórzono. W powtórce Marzanna Jurzysta-Ziętek mandatu już nie zdobyła. I tu trudno uciec od klasycznego pytania: is fecit, cui prodest — ten uczynił, komu przyniosło to korzyść. Pierwsze głosowanie wygrała kandydatka niewygodna dla lokalnego układu, bo będąca jednocześnie kontrkandydatką urzędującego wójta. Po unieważnieniu i powtórce przegrała.
Fikcyjny scenariusz cudu na urną 2018
Zastrzeżmy od razu: poniższy scenariusz jest jedynie — próbą logicznego odtworzenia hipotetycznego planu. Dokumenty potwierdzają nieprawidłowe wydanie kart, protest wyborczy, unieważnienie wyboru i zwycięstwo kandydatki obozu wójta w powtórzonym głosowaniu. Nie dowodzą jednak, że ktokolwiek zaplanował taki ciąg wydarzeń.
Jednak puśćmy trochę wodze fantazji i wyobraźmy sobie, że gdzieś przed wyborami ktoś analizuje sytuację.
Krok pierwszy. Ocena zagrożenia
Marzanna Jurzysta-Ziętek startuje jednocześnie na wójta i do Rady Gminy. Jej zwycięstwo w wyborach na wójta wydaje się mało prawdopodobne. Znacznie bardziej realne jest jednak zdobycie przez nią mandatu radnej. Jest rozpoznawalna, bardzo aktywna w swojej wsi, prowadzi kampanię w całej gminie, a kandydowanie na wójta dodatkowo wzmacnia jej nazwisko w wyborach do rady. Z punktu widzenia urzędującego obozu władzy problem nie polega więc na tym, że może przejąć władzę w gminie. Problemem jest to, że może wejść do rady jako silna, rozpoznawalna i niezależna przeciwniczka.
Krok drugi. Plan awaryjny
Ktoś dochodzi do wniosku, że nie trzeba zapewniać zwycięstwa własnej kandydatce już w pierwszym głosowaniu. Wystarczy stworzyć taką nieprawidłowość, która — w razie niekorzystnego wyniku — pozwoli podważyć wybory. Jeżeli kandydatka obozu władzy wygra, nikt nie będzie zainteresowany protestem. Wynik zostanie przyjęty i sprawa zniknie a jeżeli nawet złoży protest to patrz punkt 6. Nieprawidłowość staje się więc politycznym bezpiecznikiem. Nie przesądza wyniku pierwszego głosowania, lecz daje możliwość jego anulowania.
Krok trzeci. Powstaje wada wyborów
W lokalu obsługującym sąsiadujące okręgi dochodzi do sytuacji niezwykłej: wyborcom z okręgu nr 11 zostają wydane 23 karty przeznaczone dla okręgu nr 10. Nie jedna karta. Nie dwie. Dwadzieścia trzy. Według wyjaśnienia komisji dwie z nich prawdopodobnie nie zostały wrzucone do urny. Pozostałe 21 mogły znaleźć się wśród 355 kart wyjętych z urny okręgu nr 10. W efekcie w wyborach radnego uczestniczy grupa osób, która formalnie nie była wyborcami tego okręgu. Wada jest wystarczająco poważna, aby zakwestionować wynik, szczególnie że różnica pomiędzy kandydatkami będzie niewielka co w sumie łatwo było przewidzieć.
Krok czwarty. Czekamy na rezultat
Po zamknięciu lokalu komisja liczy głosy. Marzanna Jurzysta-Ziętek zdobywa 134 głosy. Kandydatka komitetu wójta, Edyta Wojtas — 131. Różnica wynosi zaledwie trzy głosy. Nieprawidłowość dotyczy natomiast ponad dwudziestu kart. Nie sposób ustalić, na kogo głosowali wyborcy z innego okręgu. Tym samym powstaje argument, że błąd mógł wpłynąć na wynik wyborów. Bezpiecznik może zostać uruchomiony.
Krok piąty. Protest
Po wyborach zostaje wniesiony protest. Nie trzeba udowadniać, na kogo oddano każdy z 21 podejrzanych głosów. Wystarczy wykazać, że liczba nieprawidłowo wydanych kart była większa niż przewaga zwycięskiej kandydatki. Sąd unieważnia wybór. Marzanna Jurzysta-Ziętek, mimo że zdobyła najwięcej głosów, traci mandat. Zostają zarządzone ponowne wybory.
Krok szósty. Zmieniają się warunki polityczne
Pierwsze głosowanie odbywało się równocześnie z wyborami wójta i całej rady. Frekwencja była wysoka, emocje duże, a nazwisko Marzanny znajdowało się również na karcie wyborów wójta. Powtórka odbywa się już kilka miesięcy później. Jakub Bronowicki jest wybranym wójtem. Układ sił jest znany. Mieszkańcy wiedzą, kto będzie rządził gminą przez kolejną kadencję. Kandydatka obozu władzy może teraz zostać przedstawiona jako osoba, która będzie potrafiła współpracować z wójtem. Przeciwniczkę łatwo opisać jako kandydatkę przegraną, skonfliktowaną z urzędem albo pozbawioną realnego wpływu. Nie trzeba przekonać wyborców Marzanny, aby zagłosowali na kandydatkę wójta. Wystarczy część z nich zniechęcić do ponownego udziału.
Krok siódmy. Demobilizacja przeciwnika
W pierwszych wyborach na Marzannę głosowały 134 osoby. W powtórce już tylko 85. Traci więc 49 głosów. Kandydatka obozu wójta również notuje spadek — ze 131 do 110 głosów — ale jej elektorat okazuje się bardziej zdyscyplinowany. Nie dochodzi więc do masowego przejścia wyborców z jednego obozu do drugiego. Decyduje nierówna demobilizacja. Zwolennicy przeciwniczki częściej zostają w domach. Zaplecze władzy przychodzi ponownie.
Krok ósmy. Plan przynosi efekt
W pierwszym głosowaniu kandydatka wójta przegrywa trzema głosami. Po proteście, unieważnieniu wyborów i powtórce wygrywa różnicą 25 głosów. Ostatecznie mandat przypada osobie z obozu urzędującego wójta. Hipotetyczny plan nie musiał więc zakładać fałszowania wyników podczas liczenia ani dopisywania głosów po zamknięciu lokalu. Wystarczyłoby wcześniej stworzyć wadę wyborów.
Podkreślam jeszcze raz to tylko political fiction.
Nasza Ania
Rok 2016 przyniósł jeden z najpoważniejszych wewnętrznych kryzysów kadrowych w okresie rządów wójta Jakuba Bronowickiego, choć na zewnątrz przeszedł niemal bezgłośnie. Kierownik SAPO Karolina Kempiszak, zarządzająca gminną oświatą od 2011 roku, w serii pism kierowanych do wójta od stycznia do września 2016 roku informowała o nieprawidłowościach w danych oświatowych, w tym dotyczących ZSP Szewce. Sprawa zawyżonej subwencji doprowadziła — według późniejszej relacji Kempiszak — do wszczęcia postępowania przez Ministerstwo Finansów.
W październiku 2016 roku Rada Gminy uznała za zasadną skargę rodziców na dyrektorkę ZSP Szewce dotyczącą niezapewnienia bezpieczeństwa uczniom. Dyrektorka otrzymała upomnienie, a rok później — jak podawała Kempiszak — Nagrodę Wójta.
Sama Karolina Kempiszak, która jako kierownik SAPO zgłaszała wójtowi kolejne nieprawidłowości w gminnej oświacie, została zwolniona z końcem 2016 roku. Kempiszak twierdziła, że przewodnicząca Rady Gminy Małgorzata Ottenbreit miała wielokrotnie mówić o Annie Białeckiej, dyrektorce Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Szewcach: „nasza Ania”. Według byłej kierownik SAPO określenie to nie było jedynie przejawem towarzyskiej serdeczności.
Same słowa „nasza Ania” niczego oczywiście nie dowodzą. Trudno jednak nie zauważyć kontrastu: rada gminy formalnie potwierdziła naruszenie obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa uczniom, dyrektorka miała otrzymać jedynie upomnienie, a rok później Nagrodę Wójta. W tym samym czasie Kempiszak, która zgłaszała nieprawidłowości w gminnej oświacie, przestała nią kierować i o swoje prawa pracownicze musiała upomnieć się przed sądem. Sprawę wygrała i władze gminy z naszych podatków musiały wypłacić jej odszkodowanie.
Czego się nie robi dla jednomyślności
W 2024 roku mieszkańcy okręgu wyborczego obejmującego trzy wsie — Machnice, Wysoki Kościół i Pierwoszów — dowiedzieli się, że do ich okręgu zostaną dołączone także Piotrkowiczki. Piotrkowiczki liczą niemal tylu mieszkańców, co trzy dotychczasowe miejscowości razem wzięte. W ten sposób powstał jeden z największych okręgów wyborczych w gminie.
W starym okręgu mieszkańcy wybierali radnych, którzy zasiadali w ławach opozycji, między innymi Łukasza Ozimka z Wysokiego Kościoła i Janusza Papałę z Pierwoszowa. W nowo powstałym okręgu mandat zdobył mieszkaniec Piotrkowiczek — Władysław Synowiec. Jak powiedziałaby zapewne Pani Przewodnicząca: „Nasz Władzio”.
Czwarta władza
Osobnym elementem lokalnej polityki jest rola mediów. W teorii prasa lokalna powinna patrzeć samorządowcom na ręce, zadawać niewygodne pytania i pilnować interesu mieszkańców. W praktyce bywa z tym różnie. Lokalne gazety utrzymują się przecież nie tylko dzięki czytelnikom, lecz także z reklam, ogłoszeń i płatnych komunikatów publikowanych przez samorządy oraz podległe im jednostki.
Najważniejszym lokalnym tytułem w powiecie trzebnickim jest „Gazeta Nowa Trzebnicka”. Dla wielu mieszkańców pozostaje ona jednym z podstawowych źródeł informacji o tym, co dzieje się w poszczególnych gminach — poza oficjalnymi gazetkami samorządowymi, takimi jak „Wieści Gminne”. Taka pozycja daje redakcji znaczny wpływ na kształtowanie opinii publicznej.
Gazeta potrafi pisać ostro, zadawać pytania i punktować władzę. Jej konflikt z burmistrzem Trzebnicy jest jednak tak intensywny, że warto zastanowić się, czy redakcja może z podobną determinacją prowadzić równie ostrą politykę wobec wszystkich pozostałych włodarzy powiatu. Powszechny konflikt z samorządami mógłby bowiem oznaczać nie tylko utrudniony dostęp do informacji, lecz także utratę części wpływów z reklam i ogłoszeń.
Nie oznacza to, że sposób opisywania władz Wiszni Małej jest wynikiem jakiegoś porozumienia czy świadomej ochrony wójta. Oznacza jednak, że lokalne media funkcjonują w sieci zależności, których czytelnik powinien być świadomy. Dlatego nie warto opierać swojej wiedzy o gminie wyłącznie na jednym tytule prasowym.
W polityce często równie ważne jak to, co ukazuje się w serwisie informacyjnym, jest to, o czym nie napisano ani słowa.
Na zakończenie cytat:
Kandydat, który pełni funkcję wójta przez kilka kadencji, zyskuje liczne przewagi nad konkurentami. Przez wiele lat miał możliwość rezygnacji z wszelkich innych aktywności zawodowych, poświęcając się w pełni służbie publicznej. Już na samym starcie kampanii wyborczej dysponuje niebagatelnym zasobem w marketingu wyborczym: niemal pełną rozpoznawalnością swojego nazwiska wśród wyborców. Przewaga urzędującego wójta wiąże się również z możliwością zatrudniania w urzędzie gminy specjalistów od budowania wizerunku i marketingu politycznego. Trwające wiele lat i finansowane z pieniędzy podatników ocieplanie wizerunku wójta odbywa się przez organizowanie imprez lokalnych: festynów, koncertów, festiwali, zawodów sportowych, które obok dostarczenia mieszkańcom rozrywki przynoszą zyski wizerunkowe dla lokalnego włodarza.
Cytat pochodzi z publikacji p.t. Wybrane aspekty ograniczenia liczby kadencji organów wykonawczych gminy pod redakcją Marcina Wieczorka i Iwony Wieczorek, wydanej przez Wydawnictwo Narodowego Instytutu Samorządu Terytorialnego










