Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej Sp. z o.o. w Wiszni Małej w 2025 roku rozszerzyło swoją działalność i prowadzi odbiór nieczystości ciekłych od mieszkańców Gminy Wisznia Mała.
Na pierwszy rzut oka sprawa może wydawać się prosta. Gminna spółka kupuje samochody asenizacyjne, wchodzi na rynek wywozu nieczystości ciekłych i oferuje usługę tańszą niż prywatni przedsiębiorcy. Mieszkańcy patrzą na końcową cenę i widzą jedno: płacą mniej. Samorząd może więc powiedzieć, że działa w interesie mieszkańców, bo blokuje wzrost cen i pilnuje dostępności usług.
Warto jednak zadać jedno pytanie: czy ten model da się utrzymać w dłuższej perspektywie i czy nie doprowadzi to w przyszłości do wzrostu cen. Przekonali się o tym całkiem niedawno mieszkańcy gminy Siechnice. W czerwcu 2025 roku burmistrz tej gminy wyjaśnił publicznie, dlaczego tamtejszy Zakład Gospodarki Komunalnej wnioskuje o podwyżkę stawek za wywóz nieczystości ciekłych. Obraz był jednoznaczny: spółka gminna od lat obsługiwała mieszkańców w tym zakresie, aż segment asenizacyjny zakończył rok 2024 stratą przekraczającą 400 000 zł. Flota się psuła, brakowało rąk do pracy, a pracownicy przez związki zawodowe domagali się podwyżek. Pierwotna propozycja zarządu ZGK — 82 zł/m³ — została przez radnych złagodzona do 55 zł/m³. Dla porównania: wcześniejsza stawka wynosiła 30 zł/m³ i nie pokrywała nawet kosztów transportu.
Prywatny przedsiębiorca i PGK nie startują z tego samego poziomu
Na rynku asenizacyjnym w gminie Wisznia Mała działa osiemnaście podmiotów z zezwoleniem wójta. Znaczna część z nich to zapewne małe firmy rodzinne albo jednoosobowe działalności gospodarcze. W takim modelu właściciel jest często jednocześnie kierowcą, dyspozytorem, księgowym i serwisantem. Nie utrzymuje prezesa, rady nadzorczej, rozbudowanej administracji, działu kadr czy zaplecza formalno-prawnego typowego dla spółki komunalnej.
PGK działa zupełnie inaczej. Jako spółka prawa handlowego ma cięższą strukturę kosztów. Musi utrzymywać zarząd, administrację, obsługę organizacyjną i formalne procedury. Ma też zupełnie inną logikę wynagrodzeń i decyzji. Prywatny przewoźnik może podjąć decyzję w kilka minut. Spółka komunalna z natury rzeczy porusza się wolniej i drożej.
I właśnie dlatego prywatny przedsiębiorca może być tańszy — nie dlatego, że jest „lepszy”, ale dlatego, że jego działalność jest po prostu lżejsza kosztowo. Jeżeli PGK wygrywa z nim cenowo mimo cięższej struktury, to musi powstać pytanie: skąd bierze się ta przewaga?
PGK nie weszło na rynek jako zwykły konkurent
PGK jest jednocześnie podmiotem kontrolującym infrastrukturę niezbędną prywatnym przewoźnikom i ich bezpośrednim konkurentem na rynku wywozu nieczystości ciekłych. Świadcząc tę usługę własnymi samochodemi asenizacyjnymi, spółka weszła w rolę, która rodzi fundamentalne pytanie o równość warunków konkurencji: prywatny przedsiębiorca musi płacić PGK za zrzut ścieków na oczyszczalni, by w ogóle móc działać na tym rynku.
Jeżeli prywatny przewoźnik już na starcie musi doliczyć do ceny 18,45 zł/m³ za zrzut, a mimo to oferuje usługę za około 38 zł/m³, to PGK — świadcząc tę samą usługę za 33,24 zł/m³ — albo krzyżowo subsydiuje asenizację z innych segmentów działalności, albo nie wlicza kosztów zrzutu do kalkulacji tej usługi. W obu przypadkach porównanie cen jest pozorne.
Taki model przypomina mechanizm margin squeeze: podmiot kontrolujący niezbędną infrastrukturę działa równocześnie jako konkurent na rynku detalicznym i ustawia warunki, w których prywatny gracz ma coraz mniej miejsca na opłacalne działanie.
Zgniatanie marży (ang. margin squeeze) opisany jest w biuletynie UOKiK „Narzucanie nieuczciwych cen przez przedsiębiorców o znaczącej pozycji rynkowej” i polega na tym, że dominujący przedsiębiorca stosuje zawyżone ceny na poziomie hurtowym — czyli wobec konkurentów korzystających z jego infrastruktury — przy jednoczesnym zaniżeniu cen na poziomie detalicznym, czyli w usłudze świadczonej bezpośrednio klientom końcowym.
Prywatni przedsiębiorcy na pewno przetrwają na rynku ale może dojść do sytuacji bardzo niekorzystnej dla PGK, a w konsekwencji dla wszystkich mieszkańców. Burmistrz Siechnic w swoim wpisie na Facebooku ujawnił istotny szczegół: tamtejsze ZGK obsługują około połowę z 1600 zbiorników w gminie, przy czym bardzo często są to zbiorniki najmniej efektywne — o pojemności 1–3 m³. Prywatni przewoźnicy naturalnie kierują się tam, gdzie marża jest wyższa — czyli do dużych zbiorników, gdzie jeden kurs oznacza więcej metrów sześciennych przy podobnym nakładzie czasu i paliwa. Spółce komunalnej zostają klienci mniej rentowni: małe zbiorniki, częste kursy, wyższy koszt jednostkowy.
W Wiszni Małej ten mechanizm może zadziałać dokładnie tak samo. PGK wchodzi na rynek z nowym samochodem i niską ceną. Prywatni przedsiębiorcy, ci co zostaną, mogą po prostu skoncentrować się na obsłudze największych i najbardziej opłacalnych zbiorników — tych, gdzie jeden kurs przynosi realny zysk. PGK zostanie z resztą rynku: rozdrobnionym, kosztochłonnym, mało dochodowym. I znajdzie się dokładnie w sytuacji ZGK Siechnice — z rosnącymi kosztami, malejącymi przychodami i nieuchronną presją na podwyżkę stawek.
Dobro mieszkańców dziś, może oznaczać problem jutro
Obrońcy tego rozwiązania powiedzą zapewne: nawet jeśli warunki nie są idealnie symetryczne, to mieszkańca interesuje przede wszystkim to, ile płaci. A jeżeli płaci mniej, to znaczy, że gmina działa dobrze. To atrakcyjny argument. Ale tylko na krótką metę.
Niska cena ma sens tylko wtedy, gdy wynika z modelu, który da się utrzymać. Jeżeli natomiast jest ona możliwa dzięki przewadze instytucjonalnej, ograniczaniu przestrzeni dla prywatnych przewoźników albo dokładaniu pieniędzy z innych części działalności, to nie mamy do czynienia z trwałym sukcesem. Mamy do czynienia z odroczeniem rachunku.
Warto też pamiętać, w jakiej szerszej kondycji finansowej funkcjonuje PGK. Ceny wody i odprowadzania ścieków w gminie Wisznia Mała należą do najwyższych w kraju — co nie jest tajemnicą dla nikogo, kto śledził lokalne taryfy. Spółka, która już w podstawowych segmentach działalności pobiera od mieszkańców stawki z górnej półki krajowych zestawień, teraz wchodzi w kolejny segment z ceną poniżej rynkowej. To zestawienie wymaga wyjaśnienia: czy niska cena asenizacji jest możliwa dlatego, że finansują ją ci sami mieszkańcy — przez rachunki za wodę i ścieki?
Rynek ten i tak będzie się kurczył
W całej tej dyskusji jest jeszcze jedna fundamentalna kwestia: rozwój kanalizacji oznacza stopniowy spadek liczby zbiorników bezodpływowych, a więc także zmniejszanie się rynku usług asenizacyjnych.
To nie jest hipoteza, tylko naturalna konsekwencja inwestycji kanalizacyjnych. Im więcej mieszkańców podłączy się do sieci, tym mniej zostanie szamb, a więc mniej będzie klientów dla wozów asenizacyjnych.
I tu powstaje pytanie strategiczne: czy rozsądne jest inwestowanie publicznych pieniędzy w rozwijanie segmentu, którego naturalna baza klientów będzie maleć?
Można oczywiście twierdzić, że przez jakiś czas te samochody będą potrzebne. Tyle że czym innym jest zabezpieczenie przejściowej potrzeby, a czym innym wchodzenie na rynek w sposób, który może osłabić prywatną konkurencję i stworzyć później uzależnienie mieszkańców od jednego dominującego operatora.
Jeżeli prywatni przewoźnicy mimo wszystko zaczną przegrywać cenowo z PGK i część z nich ograniczy działalność albo wycofa się z rynku, to przez pewien czas mieszkańcy mogą tego nawet nie odczuć. Problem pojawi się później. Wystarczy awaria samochodu, wzrost kosztów, konieczność wymiany sprzętu albo dalszy spadek liczby klientów. Wtedy konkurencja będzie już słabsza, a ceny będzie można podnosić łatwiej niż dziś. Czyli pozorna oszczędność może zamienić się w bardzo realny koszt.






















