Komisarz Wyborczy we Wrocławiu II, postanowieniem nr 26/2026 z 21 kwietnia 2026 roku, odrzucił wniosek grupy mieszkańców Gminy Trzebnica o przeprowadzenie referendum w sprawie odwołania burmistrza Marka Długozimy przed upływem kadencji. Inicjatorzy złożyli 2 373 podpisy, jednak aż 707 z nich uznano za nieważne. Powodem były m.in. błędy w adresach, nieprawidłowe numery PESEL oraz podpisy osób, które nie mają praw wyborczych w gminie Trzebnica. W efekcie ważnych podpisów było 1 666, podczas gdy ustawowe minimum wynosiło 1 899. Do wymaganego progu zabrakło więc 233 podpisów. To oznacza, że referendum się nie odbędzie.
Pozostaje jednak pytanie ważniejsze niż same liczby: czy gdyby referendum doszło do skutku i zakończyło się odwołaniem burmistrza, byłoby to dla Trzebnicy rzeczywiście dobre rozwiązanie?
Sanok (2024–2025) — najbardziej spektakularny przypadek
Burmistrz Tomasz Matuszewski wygrał reelekcję w 2024 r. zaledwie 172 głosami, ale stracił większość w radzie miasta. Czworo kontrkandydatów, których pokonał, zdobyło mandaty radnych — a jeden z nich, Sławomir Miklicz (PO), stanął na czele rady.
Konsekwencje były poważne. Burmistrz wskazał jako główny powód problemów odmowę rady uchwalenia emisji obligacji komunalnych wartych 40 mln zł, które miały zasilić budżet. Regionalna Izba Obrachunkowa oceniła, że funkcjonowanie miasta i realizacja inwestycji jest realnie zagrożona, a dług Sanoka sięgnął ok. 140 mln zł.
W październiku 2024 r. burmistrz ogłosił, że miasto wstrzymuje przekazywanie pieniędzy do jednostek organizacyjnych, w tym na wynagrodzenia urzędników i nauczycieli. Każda strona obwiniała drugą: radni twierdzili, że to skutek wieloletnich zaniedbań burmistrza, burmistrz zarzucał radzie celowe blokowanie. Rada dwukrotnie nie udzieliła absolutorium i wotum zaufania Matuszewskiemu. Przez kilkanaście miesięcy trwał pat wokół budżetu, a Sanok — za nakazem RIO — przyjął program naprawczy.
Geneza sanockiego konfliktu była inna niż hipotetyczny scenariusz referendalny w Trzebnicy — rozjazd między egzekutywą a radą powstał tam w jednym cyklu wyborczym. Mechanizm końcowy — włodarz bez większości, zablokowane obligacje, program naprawczy — jest jednak identyczny z tym, który powstałby w Trzebnicy po odwołaniu burmistrza dysponującego stabilną większością w radzie.
Bodzentyn (2024) — zarząd komisaryczny
W Bodzentynie doszło do skrajnej konsekwencji konfliktu: premier Donald Tusk — na wniosek wojewody — zawiesił organy samorządu i ustanowił zarząd komisaryczny. Gmina nie wdrożyła finansowego planu naprawczego, a jej deficyt wyniósł 23 mln zł. Burmistrz Dominik Dudek obwiniał radnych opozycji, twierdząc, że bojkot sparaliżował pracę gminy.
Plan naprawczy zakładał m.in. likwidację szkoły podstawowej i redukcję etatów w urzędzie, ale nie uchwalili go radni z klubu Przyjazna Gmina Bodzentyn. Brak porozumienia i paraliż decyzyjny doprowadziły do wniosku o zawieszenie obu organów.
Olecko (2025/2026) — budżet uchwalony przez RIO
Rada Miejska w Olecku dwukrotnie odrzuciła Wieloletnią Prognozę Finansową — w grudniu 2025 r. i w styczniu 2026 r. W obu głosowaniach przeciwko było 14 radnych, za jedynie 5.
W rezultacie budżet gminy ustalała Regionalna Izba Obrachunkowa w trybie zastępczym. Burmistrz Karol Sobczak zapowiedział, że zrobi wszystko, żeby zminimalizować straty dla mieszkańców, ale przyznał, że nie wie jeszcze, jakie działania będą możliwe po uchwaleniu budżetu przez RIO.
Zmiana na stanowisku burmistrza to najgorsza rzecz, jaka mogłaby się w obecnej sytuacji Trzebnicy wydarzyć
Zwolennicy referendum przekonywali, że Trzebnica nie może sobie pozwolić na trzy lata bez sprawczego włodarza (skoro Długozima został zawieszony). Że dotacje przepadną, inwestycje staną, a miasto zostanie w rękach urzędników niezdolnych do podejmowania ważnych decyzji. To argumentacja efektowna retorycznie — i błędna merytorycznie niemal punkt po punkcie.
Krystyna Haładaj, zastępczyni burmistrza, nie jest zwykłym urzędnikiem
Zacznijmy od kwestii podstawowej, bo tu zwolennicy referendum pozwalali sobie na największe nadużycie językowe. W przypadku niemożności sprawowania urzędu przez burmistrza jego kompetencje przejmuje zastępca burmistrza — na mocy art. 28g ustawy o samorządzie gminnym. Nie jest to anonimowy urzędnik, lecz osoba piastująca stanowisko organu wykonawczego gminy z pełnią wynikających z tego uprawnień. Zastępca może podpisywać umowy, składać wnioski o dofinansowanie, reprezentować gminę na zewnątrz, wykonywać budżet. Twierdzenie, że Trzebnica nie ma decydenta, jest po prostu nieprawdziwe.
Obecna sytuacja jest stabilna — i to jest klucz do całej sprawy
Burmistrz Długozima dysponuje stabilną większością w radzie miejskiej. Ta większość nie zniknęła wraz z jego zawieszeniem — w ostatnich tygodniach rada kontynuuje prace nad bieżącymi uchwałami, a zastępczyni burmistrza działa w warunkach roboczej współpracy z radą. To zasadnicza różnica w porównaniu z Sanokiem czy Bodzentynem: budżet może być uchwalany, uchwały przechodzą, gmina administruje się sprawnie.
Referendum wywołałoby ten sam paraliż decyzyjny, który pojawił się w Sanoku, Bodzentynie i Olecku
Tu tkwi fundamentalna sprzeczność w logice odwołania burmistrza w obecnej sytuacji. Nowy burmistrz — wyłoniony w wyborach po udanym referendum — niemal na pewno nie byłby kandydatem środowiska Długozimy. Trudno sobie wyobrazić, żeby jego zwolennicy głosowali za odwołaniem własnego włodarza. Nowy włodarz wszedłby więc do urzędu z mandatem antydługozimowej mobilizacji, ale z radą ukształtowaną pod swojego poprzednika. I mielibyśmy gotowy schemat znany z Sanoka, Bodzentyna, Olecka czy wielu innych gmin: egzekutywa kontra rada, pat decyzyjny, zablokowane inwestycje. Nowy włodarz prawdopodobnie nie miałby większości w radzie — część radnych w takich sytuacjach przesuwa się wprawdzie do środka, ale liczenie na to jako scenariusz bazowy byłoby co najmniej naiwne.
Zwolennicy referendum odpowiadają zwykle, że to właśnie teraz jest paraliż, bo burmistrz jest zawieszony. Tyle że — jak wyżej — to nie jest paraliż: gmina funkcjonuje, bo zastępczyni ma pełnię kompetencji, a rada działa. Paraliż dopiero by się pojawił — po referendum.
Kampania zostawiłaby blizny, które nie zagoiłyby się razem z zakończeniem kadencji
Jest jeden ważny aspekt, o którym dyskusja publiczna milczała. Kampania referendalna w Trzebnicy miała wszelkie cechy kampanii, która nie skończyłaby się razem z głosowaniem. Personalizacja, nagonka, moralna stygmatyzacja środowiska burmistrza: to wszystko wygenerowałoby urazy trwalsze niż jakakolwiek różnica programowa.
Nowy burmistrz przejąłby urząd w środowisku ukształtowanym przez ten konflikt. Radni z obozu Długozimy mogliby mieć osobisty powód, żeby utrudniać mu pracę — niezależnie od meritum jego propozycji. Sam nowy włodarz byłby pod presją swojego elektoratu, żeby kontynuować narrację rozliczania: szukać nieprawidłowości, ujawniać, oskarżać. To nakręciłoby dodatkowo spiralę konfliktu zamiast ją gasić.
Kapitał społeczny gminy nie resetuje się razem z mandatem. A właśnie ten kapitał — zaufanie, zdolność do współpracy między instytucjami, nieformalne sieci kontaktów — decyduje o tym, czy wnioski o dotacje są składane na czas, czy inwestorzy traktują gminę jako wiarygodnego partnera, czy lokalne środowisko gospodarcze chce się angażować.
Czego zwolennicy referendum nie mówili
Jeden z polityków mocno popierający referendum napisał, że bez zmiany burmistrza Trzebnica straci trzy lata i przepadną dotacje. Nie pisał natomiast, jaki układ sił w radzie spotka nowego burmistrza. Nie pisał, ile miesięcy potrwa kampania i procedura referendalna — podczas których gmina i tak pozostaje z zastępcą. Nie pisał, że sprawcze zarządzanie gminą wymaga nie tylko sprawnego włodarza, ale też jego zdolności do współpracy z radą.
To uczciwy cel polityczny — chęć przejęcia władzy wykonawczej w mieście — opakowany w retorykę troski o mieszkańców. Jedno i drugie można zrozumieć. Tylko nie należy ich ze sobą mylić.
Co z odpowiedzialnością burmistrza?
Można oczywiście uważać, że odpowiedzialność polityczna za zarzucane czyny jest ważniejsza niż stabilność administracyjna gminy. To jest stanowisko, które zasługuje na poważne potraktowanie. Trzeba jednak pamiętać, że od odpowiedzialności karnej jest sąd, a od oceny faktycznej działalności burmistrza — kolejne wybory samorządowe. Referendum odwoławcze to instrument polityczny, nie sądowniczy. Stawianie go w miejscu procesu karnego — którego wynik dopiero zapadnie — jest formą wyprzedzającego wyroku wydawanego przez część mieszkańców, a konsekwencje tego wyroku (paraliż, program naprawczy, potencjalnie zarząd komisaryczny) poniosłaby cała gmina, niezależnie od tego, jak sprawa skończy się w sądzie.
Osobną kwestią pozostaje scenariusz, w którym Długozima nie wróci na stanowisko — czy to z powodu prawomocnego skazania, czy innych rozstrzygnięć. W takim przypadku i tak odbędą się wybory przedterminowe, tyle że w sposób uregulowany ustawą i bez wielomiesięcznej, rozpalającej emocje kampanii referendalnej. Diagnoza o ryzyku pata z nową radą pozostaje wówczas w mocy, ale różnica jest istotna: konflikt nie zostałby wcześniej dodatkowo podgrzany przez sam proces odwoływania.
Najspokojniejszy scenariusz
Paradoksalnie najmniej kosztowny dla Trzebnicy jest ten, który zwolennicy referendum przedstawiają jako katastrofę: zastępczyni burmistrza administruje spokojnie przez pozostały czas kadencji, rada pracuje bez klinczu, po czym wszyscy idą do normalnych wyborów bez bagażu referendalnych urazów i podziałów. Miasto nie świętuje sukcesów, ale też nie wchodzi w wieloletni konflikt instytucjonalny.
Referendum byłoby korzystne politycznie dla jednej ze stron. Dla Trzebnicy jako wspólnoty — przy obecnym składzie rady i przy założeniu, że stabilność administracyjna gminy jest wartością, o którą warto dbać — ewentualna wygrana kandydata opozycji byłaby prawdopodobnie najgorszym z możliwych rozwiązań w obecnej sytuacji.






















