Sierpień i wrzesień to w gminach czas dożynek. Oficjalnie — święta rolników, zakończenia żniw, podziękowania za plony, lokalnej tradycji i wspólnoty.
Zanim jednak na scenie stanie kolejny „gospodarz dożynek”, przyjmie chleb, wygłosi przemówienie, wręczy podziękowania i zapozuje do zdjęć, warto cofnąć się o kilkadziesiąt lat.
Bo historia dożynek to między innymi historia władzy, która bardzo wcześnie zauważyła, że chleb, wieniec, stroje ludowe, muzyka i zgromadzony tłum tworzą znakomitą scenografię dla przedstawienia, którego głównym bohaterem wcale nie musi być rolnik.
Punktem wyjścia do tego tekstu jest publikacja naukowa dr Moniki Milewskiej z Instytutu Archeologii i Etnologii Uniwersytetu Gdańskiego, opublikowana w 2020 roku w „Zeszytach Wiejskich” pod znamiennym tytułem „Ukradzione święto. Dożynki w PRL”. Autorka oparła swoje badania przede wszystkim na materiałach archiwalnych organizatorów dożynek, dokumentach administracji oraz materiałach Polskiej Kroniki Filmowej i Telewizji Polskiej.
Zanim pojawiła się propaganda
Rytuał dożynkowy ukształtował się w Polsce prawdopodobnie pod koniec XVI wieku i przez stulecia był świętem o charakterze religijnym i wspólnotowym². Żniwiarze pletli wieniec z ostatnich ścinanych kłosów, święcili go w kościele w dniu Matki Boskiej Zielnej i w uroczystym pochodzie nieśli do dworu. Gospodarz przyjmował wieniec, częstował żniwiarzy i zapraszał do wspólnej zabawy.
Z obrzędem wiązały się archaiczne praktyki magiczne mające zapewnić urodzaj w kolejnym roku — ziarno wykruszone z wieńca dosypywano do pierwszego siewu, a ostatnią garść niezżętych kłosów zostawiano w polu³.
W dwudziestoleciu międzywojennym dożynki przestały być wyłącznie świętem dworskim. Organizowały je parafie, samorządy, kółka rolnicze i organizacje ruchu ludowego.
W 1927 roku pojawiły się również dożynki prezydenckie w Spale i właśnie wtedy coraz wyraźniej pojawia się polityczny wymiar słowa „gospodarz”.
Pochód oraz wieńce przyjmował prezydent a uczestnicy wykonywali skierowane do niego przyśpiewki. Milewska przywołuje ocenę historyka Piotra Osęki, według którego władza była w takim ceremoniale przedstawiana patriarchalnie — jako troskliwa i opiekuńcza, ale również wymagająca. Samo składanie wieńca nabierało cech swoistego hołdu.
Komuniści tego mechanizmu nie wymyślili. Ale doprowadzili go do perfekcji.
Władza wchodzi na scenę
Po wojnie potencjał dożynek dostrzeżono błyskawicznie. Już w 1945 roku Polska Kronika Filmowa rejestrowała udział oficjeli i żołnierzy w lokalnych obchodach, a rok później odbyły się pierwsze powojenne dożynki centralne.
Organizację przejął Związek Samopomocy Chłopskiej działający pod politycznym kierownictwem PZPR. Powstawały komitety dożynkowe sprawujące bezpośredni nadzór nad uroczystościami. Program przewidywał wiec, wręczanie wieńców, festyny, kiermasze, występy artystyczne i zabawy ludowe.
Z zewnątrz wszystko wyglądało znajomo.
Był chleb.
Były wieńce.
Były stroje ludowe.
Były snopy zboża.
Tyle że zmieniał się główny bohater przedstawienia.
Gospodarz, czyli władza
To chyba najważniejsze słowo w całej historii opisanej przez Milewską.
Gospodarz. Na dożynkach centralnych rolę tę obejmował najwyższy przedstawiciel władzy. Na szczeblu gminnym — naczelnik gminy. Propaganda tłumaczyła to nawet całkiem otwarcie: chłopi nie mieli już składać wieńców dawnym „panom dziedzicom”, lecz własnej, ludowej władzy. Zmienił się więc adresat hołdu. Ceremoniał pozostał.
Najbardziej okazałe wieńce trafiały do Bieruta, premiera czy ministra rolnictwa. Na szczeblu lokalnym wręczano je przedstawicielom partii, władzy, zakładów pracy, a w PGR-ach — kierownikom gospodarstw.
Chleb również nabrał szczególnego znaczenia.
W czasach Gomułki i Gierka jednym z centralnych momentów widowiska było przekazanie bochna pierwszemu sekretarzowi. Gierek był fotografowany, gdy z namaszczeniem całował chleb podawany mu przez starościnę dożynkową. Rolnik przynosił plon. Ale to władza stała w centrum obrazu.
Święto rolnika, w którym rolnik schodził na drugi plan
W latach 50. polityczny charakter dożynek stał się szczególnie nachalny. Milewska opisuje korowód z Krakowa z 1952 roku. Obok żniwiarzy i ludzi w strojach regionalnych pojawiła się wielka czerwona księga symbolizująca Konstytucję PRL, portret Bieruta, transparenty sławiące Nową Hutę, a dalej podobizny Stalina, Mao Tse-tunga, Kim Ir Sena i Rokossowskiego.
Dożynki nadal przypominały święto rolnicze. Ale rolnicza symbolika stawała się dekoracją większego politycznego spektaklu.
Milewska pisze wprost, że pierwotny sens święta zacierał się, a dożynki stawały się kolejnym widowiskiem na cześć komunistycznej władzy. Jednocześnie nadal eksponowano bochny chleba, wieńce, owoce i snopy zboża.
I właśnie na tym polegał geniusz tego mechanizmu. Nie trzeba było niszczyć tradycji. Można było ją przejąć. Folklor dawał autentyczność. Rolnicy — uzasadnienie święta. Tłum — frekwencję. A władza dostawała scenę.
Nawet wieniec miał być właściwy
Los dożynkowego wieńca świetnie pokazuje skalę podporządkowania obrzędu polityce. Na dożynki centralne każde województwo musiało wykonać swój wieniec według narzuconego wzoru. Efekty miały coraz mniej wspólnego z tradycyjną koroną z kłosów.
Wieniec katowicki zawierał wielki młot, gdański przypominał okręt, a krakowski — szopkę zbudowaną ze snopków i kominów Nowej Huty.
Kontroli podlegały nawet przyśpiewki. To szczególnie symboliczne, bo właśnie one od stuleci stanowiły element dożynkowej swobody i pozwalały żniwiarzom żartować z gospodarza. W latach 70. ich teksty należało już wcześniej zgłaszać do odpowiedniego wydziału rolnictwa, skąd — jak przypuszcza Milewska — mogły trafiać do cenzury.
Dawniej raz w roku można było wyśmiać pana. Państwo ludowe wolało wcześniej wiedzieć, z czego dokładnie mieszkańcy zamierzają się śmiać.
Dobry Gospodarz Polski Ludowej
Najbardziej współcześnie brzmi jednak opis epoki Edwarda Gierka. Milewska pisze, że Gierek chciał być postrzegany przede wszystkim jako „dobry Gospodarz Polski Ludowej”. Dożynki pasowały do tego idealnie.
W latach 70. organizowano je kolejno w różnych miastach, a ich wybór dyktowały — jak pisze autorka — aktualne potrzeby „propagandy sukcesu”.
Poznań otrzymał jubileuszowe dożynki między innymi dlatego, że mógł pochwalić się nowymi inwestycjami: halą Arena, Trasą Hetmańską czy osiągnięciami zakładów Cegielskiego.
Święto rolników stawało się więc okazją do pokazania: patrzcie, jak dobrze gospodarz zarządza.
Gospodarz jedzie — trzeba pomalować trawę
Miasta przygotowywane na centralne dożynki przechodziły ekspresowy lifting. Naprawiano drogi, którymi mieli jechać dostojnicy, odnawiano fasady, porządkowano otoczenie. W relacjach przywołanych przez Milewską pojawiają się nawet cięte kwiaty wkładane do doniczek z ziemią oraz malowanie wypalonej trawy.
W deszczowym 1977 roku przed wizytą Gierka wojsko miało znosić zboże do lasu, aby stworzyć wrażenie, że żniwa zostały zakończone. Rzeczywistość musiała po prostu pasować do obrazu sukcesu.
Milewska zwraca uwagę na ważny paradoks. Miejscowości organizujące dożynki naprawdę na tym zyskiwały. Remontowano budynki, drogi, porządkowano przestrzeń. W Koszalinie przed dożynkami 1975 roku odremontowano setki budynków. Mieszkańcy mogli więc mówić: przynajmniej coś z tego mamy.
Coraz mniej eksponowano efekty żniw, a coraz bardziej osiągnięcia miasta i władzy. Święto rolnika stawało się prezentacją gospodarza.
Propaganda nie musi wyglądać jak propaganda
To chyba najbardziej aktualna lekcja płynąca z artykułu Milewskiej. Po 1956 roku dożynki stopniowo traciły nachalną ideologiczną oprawę. Mniej było politycznych haseł, więcej koncertów, tańca, atrakcji i zabawy. Dożynki zamieniały się w wielkie folklorystyczne show.
A mimo to — podkreśla autorka — nadal pozostawały jednym z najważniejszych propagandowych świąt PRL.
Bo propaganda nie musi być nachalna i zamiast „popierajcie władzę”. lepiej jest: „zobaczcie, jak wspaniałe święto zorganizowała wam władza”.
Koncert. Gwiazda. Scena. Jedzenie. Tłum mieszkańców. Przemówienie gospodarza. Zdjęcia. Podziękowania. Uściski dłoni. A następnego dnia galerie fotografii w oficjalnych mediach.
Ukradzione święto
Diagnoza Milewskiej jest jednoznaczna.
Komunistyczni włodarze dobrze czuli się w roli gospodarzy dożynek i chętnie wykorzystywali ludowe tradycje do własnych celów politycznych.
Dożynki z lokalnego, wiejskiego obrzędu urosły do rangi jednego z najważniejszych spektakli propagandowych ówczesnej władzy. Przy okazji utraciły spontaniczność i stały się starannie reżyserowanym przedstawieniem.
Autorka kończy swoje rozważania pytaniem, czy wyrwane z naturalnego wiejskiego kontekstu, pozbawione pierwotnego znaczenia i sprowadzone do wielkiego widowiska dożynki były jeszcze właściwie świętem polskiej wsi. To pytanie warto postawić również dzisiaj.
PRL się skończył ale czy dzisiejsze dożynki się zmieniły?
Nie ma PZPR. Nie ma cenzury. Nie ma obowiązkowych dostaw. Ale rytuały mają niezwykłą zdolność przeżywania ustrojów. Nadal jest gospodarz dożynek. Nadal przyjmuje chleb. Nadal przemawia. Nadal znajduje się w centrum ceremoniału. Nadal wręcza nagrody i podziękowania. Nadal samorząd finansuje scenę, nagłośnienie, koncerty, ochronę i całą oprawę. Nadal później samorządowe media pokazują mieszkańcom fotografie z imprezy.
I nadal warto zapytać: kto właściwie jest jej bohaterem? Rolnicy? Czy gospodarz?
Czyje to właściwie święto?
Być może więc podczas kolejnych dożynek warto patrzeć trochę uważniej.
Nie tylko na to, jaka gwiazda wystąpi wieczorem.
Nie tylko na pogodę, piwo, kiełbasę i fajerwerki.
Spójrzmy na ceremoniał.
Kto komu dziękuje?
Kto komu wręcza chleb?
Kto stoi w centrum?
Kto przemawia?
Kogo najczęściej fotografują gminne media?
Ile mówi się o pracy rolników, a ile o sukcesach samorządu?
Kto płaci za całe wydarzenie?
I wreszcie:
Kto zbiera z niego polityczny plon?
Źródło
Ten artykuł nie powstałby gdyby nie ta publikacja: Monika Milewska, „Ukradzione święto. Dożynki w PRL”, „Zeszyty Wiejskie” 2020, z. 26, s. 179–201, Uniwersytet Gdański, Wydział Historyczny, Instytut Archeologii i Etnologii, DOI: 10.18778/1506-6541.26.08.

















