XXXIV sesja Rady Powiatu Trzebnickiego VII kadencji 2024-2029 — 3 sierpnia 2026r

Sierpniowa sesja Rady Powiatu Trzebnickiego trwała blisko dziesięć godzin i była jedną z najbardziej burzliwych w tej kadencji. Osią sporu ponownie stał się szpital powiatowy im. św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy — a konkretnie opublikowany kilka dni wcześniej przez radnych opozycji film na temat jego sytuacji finansowej, na który starościna Małgorzata Matusiak postanowiła odpowiedzieć z sesyjnej mównicy. Zanim rada dotarła do merytorycznych punktów porządku obrad, sala stała się areną wzajemnych oskarżeń, przewodnicząca rady Anna Morawiecka wielokrotnie apelowała o przeniesienie dyskusji „poza kamery”, a w międzyczasie doszło do rzeczy w tej kadencji bezprecedensowej — otwartego, personalnego starcia starościny z radnym własnej koalicji. Symbolem chaosu tego dnia było już pierwsze głosowanie, w którym liczba obecnych radnych w ciągu minuty zmieniała się z dwudziestu na dziewiętnastu, a ostatecznie na osiemnastu — co przewodnicząca skwitowała westchnieniem „ja zwariuję”.

Zmiana porządku obrad i formalne zastrzeżenia opozycji

Już na początku sesji starościna wniosła o rozszerzenie porządku obrad o dwa punkty: uchwałę w sprawie częściowego pokrycia ujemnego wyniku finansowego szpitala za 2025 rok oraz uchwałę w sprawie cen za usługi przewozowe, opłaty dodatkowej i manipulacyjnej w publicznym transporcie zbiorowym organizowanym przez powiat.

Damian Sułkowski zgłosił zastrzeżenie formalnoprawne: zgodnie z paragrafem 22 statutu każda uchwała powinna być opiniowana przez komisję, tymczasem projekt dotyczący dofinansowania szpitala nie został radnym przedstawiony przed piątkowym posiedzeniem komisji. Radny wyraził obawę, że wojewoda mógłby z tego powodu uchylić uchwałę, „i pieniądze nie trafią do szpitala” — poprosił o opinię prawną w tej sprawie. Zastrzegł zarazem w imieniu klubu, że opozycja jest za samą uchwałą i nikt nie ma wątpliwości, że trzeba ją podjąć — chodzi wyłącznie o zasadę wynikającą wprost ze statutu. Padła przy tym uszczypliwość pod adresem zarządu: projekt można było przesłać wcześniej, a nie „dopiero rano”, tak by radni zdążyli się zapoznać. Problem rozwiązano po myśli opozycji — przewodnicząca ogłosiła pięciominutową przerwę na posiedzenie komisji, która zaopiniowała projekt, po czym zmieniony porządek obrad przyjęto. Uchwała o pokryciu straty szpitala stała się punktem dziesiątym, a uchwała transportowa jedenastym.

Sprawozdanie starosty, które stało się polem bitwy

Punkt poświęcony informacji starosty o pracach zarządu w okresie międzysesyjnym przerodził się w wielogodzinną, emocjonalną konfrontację. Małgorzata Matusiak już na wstępie zapowiedziała, że czuje się „odpowiedzialna i wywołana do tablicy” i zanim przejdzie do relacji z posiedzeń zarządu, odniesie się do wyemitowanego w piątkowe popołudnie filmu radnych Roberta Borczyka i Damiana Sułkowskiego. Opozycja od razu zaprotestowała: informacja o pracy zarządu to informacja o pracach zarządu, „a nie o odczuciach i emocjach członków zarządu” — na co padła riposta, że „prace zarządu polegają czasem również na odczuciach”. Robert Adach, choć sam z opozycji, próbował początkowo studzić obie strony: obserwowana od tygodni eskalacja emocjonalnego sporu o szpital jest zła, w temacie szpitala „lepiej nie eskalować, tylko deeskalować” — ale problem w tym, dodawał, że w nagrywanych przez obie strony filmach „nie ma wiedzy, tylko są emocje”.

Starościna wygłosiła jednak swoje wystąpienie w całości — mimo licznych przerywań, wyłączanych i włączanych mikrofonów oraz jednej przerwy porządkowej. Oceniła, że to, co obserwuje od kilku tygodni, „w wielu przypadkach nie jest troską o szpital”, lecz „polityczny spektakl, w którym pracownicy i pacjenci zostali potraktowani jako narzędzia do odzyskiwania utraconego znaczenia politycznego”. Zarzuciła autorom filmu, że po raz kolejny przedstawiają się jako obrońcy szpitala, choć z każdą wypowiedzią pokazują, że „nie rozumieją podstawowych zasad jego finansowania” — nie odróżniają wyniku finansowego od płynności, straty księgowej od zadłużenia, a nadwykonań od świadczeń objętych ryczałtem. Przypominała, że radni otrzymali sprawozdanie finansowe, a dyrekcja szpitala i ordynator szczegółowo wyjaśnili, z czego wynika strata — mimo to kilka dni później opozycja opublikowała kolejny materiał z dokładnie tymi samymi pytaniami, „jak gdybyście nie słyszeli odpowiedzi albo po prostu nie chcieli ich zrozumieć”. Pytała retorycznie, jak nazwać publiczne rozważania o zamykaniu oddziałów bez rzetelnych analiz medycznych, finansowych i społecznych.

Zastrzegała przy tym, że problemy finansowe nie dotyczą wyłącznie trzebnickiej placówki — temat ma charakter ogólnopolski i „jeszcze żaden rząd nie uzdrowił ochrony zdrowia” — z czym, co znamienne, zgodził się później nawet Sułkowski, ironizując, że to jedyna teza starościny, którą podziela. Prostowała też, jak mówiła, nieprawdziwą tezę filmu, jakoby poprzedni dyrektor Maroszek odszedł ze szpitala z powodu źle układającej się współpracy z zarządem — „zapytajcie najlepiej samego pana dyrektora”.

Wyjątkowo ostro zareagowała na sugestie Borczyka dotyczące rzekomego promowania w przestrzeni publicznej prywatnej kliniki jednego z lekarzy szpitala. Pytała, czy radny naprawdę uważa, że lekarz „o takiej pozycji i dorobku” potrzebuje politycznej promocji — i oceniła, że to „próba insynuacji, która świadczy bardziej o panu niż o lekarzu, którego próbuje pan w ten sposób dyskredytować”. Wytknęła też opozycji wybiórcze traktowanie wypowiedzi lekarzy: podsuwanie doktorowi nieprawdziwych tez i publikowanie jego wypowiedzi przy jednoczesnych apelach, by nie wykorzystywać szpitala do walki politycznej. Odniosła się również do poruszanego w filmie wątku konkursu na dyrektora szpitala, prostując — jak mówiła — nieprawdziwą informację, jakoby to starosta ogłaszała konkurs i wybierała dyrektora: konkurs ogłosił pięcioosobowy zarząd, a wyboru dokona komisja konkursowa. „Skoro nie potraficie prawidłowo przedstawić nawet tego, jak wybierany jest dyrektor, to na jakiej podstawie chcecie pouczać innych o zarządzaniu całym szpitalem?” Wystąpienie zwieńczyła apelem: zanim panowie kolejny raz staną przed kamerami, niech zapoznają się z dokumentacją, porozmawiają z zarządem i nauczą się podstawowych pojęć dotyczących finansowania ochrony zdrowia — „a dopiero później próbujcie formułować diagnozy i wnioski”. Szpital, mówiła, „nie jest sceną do odreagowania utraty władzy”, a lekarze „nie są statystami w waszych filmach”.

Opozycja nie pozostawała dłużna. Radni pytali, czy to w ogóle jest jeszcze informacja o pracach zarządu, wytykali, że starościna „jak zwykle nie dopilnowała” i nie przygotowała na czas projektu uchwały o pokryciu straty, „a teraz szczuje na radnych”. Borczyk pytał wprost, co starościna zrobiła dla poprawy sytuacji finansowej szpitala poza „pokazem”, i rzucił, że „nie powinna być pani starostą”. Sułkowski protestował przeciwko — jak to określał — krzyczeniu na radnych i „szczuciu”. Adach punktował z kolei rzecz politycznie najistotniejszą: dzisiejsze głosowanie pokazuje, że opozycja miała rację — miesiąc wcześniej chciała pokryć całą stratę szpitala i „dać tę górkę”, koalicja to odrzuciła, a po miesiącu i tak stratę trzeba pokrywać, straciwszy niepotrzebnie czas. „Gdyby nie emocje i działanie na złość na poprzedniej sesji, dzisiaj mielibyśmy problem całkowicie rozwiązany” — wtórował mu Sułkowski. Z ław koalicji odpowiadano, że to opozycja pierwsza zaczęła nagrywać filmy i wciągnęła mieszkańców w medialny spór, a jedna z radnych ironizowała, że na sali jest „czterech przewodniczących” — Adach, Borczyk i Sułkowski włączają się, kiedy chcą i mówią ile chcą, podczas gdy starościnie nie pozwala się dokończyć zdania.

Przez cały ten punkt przewodnicząca Anna Morawiecka konsekwentnie forsowała jedną propozycję: szpital jest dobrem wspólnym, więc debata o nim powinna się odbyć poza kamerami, bez publiczności i bez wzajemnego atakowania — bo dwudziestu jeden radnych wybranych w demokratycznych wyborach ośmiesza się, pokazując mieszkańcom, że nie potrafi się porozumieć w sprawie tak ważnej. „Nie przenoście tej dyskusji do rynsztoku” — apelowała, przyznając zarazem, że sama spotkała się już w tej sprawie ze skarbnikiem, sekretarzem i dyrektor szpitala. Samo ustalenie terminu spotkania okazało się małą sesją w sesji: starościna proponowała najbliższy poniedziałek, opozycja wskazywała, że bez audytu i rekomendacji nie ma o czym dyskutować, kolejne daty padały i upadały — piątek 21 sierpnia, poniedziałek 24 sierpnia, początek września, spór o godzinę dwunastą czy piętnastą — aż przewodnicząca, poprosiwszy uprzednio, by termin narzucił po prostu zarząd z dyrekcją szpitala, ogłosiła go „nieodwołalnie”: czwartek 3 września, godzina dwunasta, w sali sesyjnej. Dyrektor szpitala Izabela Nasiukiewicz potwierdziła — dopytywana przez Marzannę Jurzystę-Ziętek — że do tego czasu gotowy będzie audyt, w tym jego druga, najważniejsza część. Jerzy Trela poprosił, by dokument trafił do radnych mailem jeszcze przed spotkaniem.

W dalszej, spokojniejszej części sprawozdania starościna zrelacjonowała m.in. zapowiedź dużej debaty o wszystkich dolnośląskich szpitalach z inicjatywy konwentu starostów, z udziałem ministra bądź wiceministra, oraz deklarację udziału dyrektora NFZ w debacie powiatowej — który szans dla szpitala upatruje w restrukturyzacji, czy to przez konsolidację z innymi podmiotami, czy przekształcenie w spółkę. Omówiła też bieżące prace zarządu: rozstrzygnięcie konkursu na dyrektora zespołu szkół specjalnych w Żmigrodzie, pozyskanie środków na infrastrukturę sportową przy szkołach w Żmigrodzie i Trzebnicy, przetargi na nieruchomości w Rościsławicach, służebność gruntową pod odwodnienie drogi w Brzeźnie, zadania drogowe w Osoli i Paniowicach, dofinansowanie chodnika w Strzeszowie i inwestycji w Zawoni, wniosek Zarządu Dróg Powiatowych o zabezpieczenie większej kwoty na przebudowę przepustu na drodze powiatowej nr 1337D, a także działania sztabu kryzysowego po intensywnych opadach, które dotknęły szczególnie gminy Wisznia Mała i Oborniki Śląskie — z pochwałą dla gminy Wisznia Mała, która wiele zadań finansuje z własnego budżetu „nie pytając się”. Wspomniała również o współpracy zagranicznej: jubileuszu partnerstwa z regionem w Gruzji, planowanej wizycie delegacji z Korei i zaproszeniu z partnerskiego powiatu w Niemczech.

Donosy do wojewody i oświadczenie Marzanny Jurzysty-Ziętek

Osobny, głośny wątek sprawozdania dotyczył pisma skierowanego do wojewody dolnośląskiego, które starościna nazwała wprost donosem — jej zdaniem jednym z wielu wymierzonych w „osoby niewygodne” w radzie powiatu, pisanych po to, „żeby zdyskredytować”. Pismo miało szczegółowo zarzucać zarządowi nieprawidłowości w zatrudnieniu, a nawet — jak relacjonowała — posądzać o korupcję; kwestionowano w nim m.in. zatrudnienie radnej Marzanny Jurzysty-Ziętek. Starościna broniła radnej, przywołując własną historię: sama przed laty, będąc radną „za starosty Roberta Adacha”, pracowała w ośrodku szkolno-wychowawczym w Trzebnicy i nikt tego wówczas nie kwestionował.

Sama Jurzysta-Ziętek wygłosiła następnie obszerne, osobiste oświadczenie — jedno z najmocniejszych wystąpień tej sesji, wysłuchane przez salę w rzadkim tego dnia skupieniu. Zaczęła od zdefiniowania swojej roli: mandat zdobyła po to, by reprezentować na tej sali gminę Wisznia Mała, sama podejmuje decyzje o tym, jak głosować, czyta wszystkie przesyłane jej materiały i na każdą sesję oraz komisję przychodzi przygotowana. „Nieraz próbowano mi sugerować i robić naciski, jak mam głosować i w jaki sposób. Niestety, nie jestem taką radną, która się zawsze podporządkowuje” — mówiła. — „Czytam dokumenty i głosuję na podstawie własnej oceny.” I właśnie ta niezależność, jak sugerowała, została odebrana jako niewygodna.

Dalej opisała mechanizm nagonki, z jaką — jej zdaniem — mierzy się od kilku miesięcy. W przestrzeni publicznej ukazują się artykuły podważające jej kompetencje zawodowe i dyplomy: że ma „za dużo skończonych studiów”, że dyplom psychologa jest nieważny. Nikt z piszących nigdy nie zwrócił się do niej o jakiekolwiek wyjaśnienia — a po dwóch czy trzech artykułach ci sami autorzy przyznawali, że jej kwalifikacje są jednak ważne. Radna odwróciła przy tym ostrze: nie sądzi, by ktokolwiek z piszących był kompetentny do oceniania jej kwalifikacji — tak jak ona sama, nie będąc prawnikiem, nie ocenia kompetencji prawnika. Najcięższe zarzuty padły jednak dopiero potem: Jurzysta-Ziętek oświadczyła, że posunięto się nawet do osobistego szantażu — groźby, że jej córka straci pracę — oraz że proponowano jej stanowisko wiceburmistrza w zamian za rezygnację z mandatu radnej. „Nie zrobiłam tego. Jestem tutaj po to, żeby reprezentować gminę Wisznia Mała, i staram się to robić najlepiej, jak potrafię” — podkreśliła, dodając, że pracownicy starostwa i sama starościna dobrze wiedzą, jak często zwraca się do nich z zapytaniami w sprawach zgłaszanych przez mieszkańców.

Szczegółowo odniosła się też do kwestionowanego w piśmie zatrudnienia w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie. Jeszcze w czasie studiów psychologicznych, za poprzedniego dyrektora, odbywała tam praktyki — jedno z kilku takich miejsc — i już wtedy rozmawiano o możliwej pracy, gdyby po ukończeniu studiów pojawiło się zapotrzebowanie na psychologa. Z obecną dyrektor poznały się później na jednej z sesji i to jej opiniami radna sugerowała się przy wyborze kolejnych kierunków kształcenia — „bo lubię się kształcić, mam tych studiów trochę więcej, niż państwo napisali, i pewnie nie są to moje ostatnie”. Stawka godzinowa, do sprawdzenia w tych samych artykułach, które ją atakują, jest z dolnej, nie górnej granicy; pracę wykonuje uczciwie i samodzielnie, a oceniać powinni ją — poza dyrektor, której podlega — przede wszystkim pacjenci korzystający z jej usług. Wskazała wreszcie polityczny kontekst całej sprawy: nie może głosować przeciwko budżetowi, w którym jej gmina ma zabezpieczone ponad pięć milionów złotych, tylko dlatego, że ktoś inny „prowadzi wojnę ze starostą” — „i pewnie dlatego stałam się celem medialnych pomówień”. Oświadczenie zamknęła przypomnieniem treści ślubowania: radny ma wykonywać mandat niezależnie, bez żadnych nacisków i bez sugerowania, za czym ma głosować. „I tak ja wykonuję swój mandat.”

Warto odnotować, że tego dnia Jurzysta-Ziętek była aktywna również poza własną sprawą: to ona dopytywała dyrektor szpitala, czy przed wrześniowym spotkaniem gotowy będzie audyt, to ona w imieniu komisji skarg upomniała się o realną pomoc dla mieszkańców skarżących się na strzelnicę, i to ona w sporze o skargę do sądu administracyjnego zwracała uwagę, że radni mieli tydzień na zgłoszenie zastrzeżeń do odpowiedzi. Nikt z sali nie podjął polemiki z jej oświadczeniem.

Pytania do sprawozdania: sprawa wołowska, płatny parking, Brzeźno i Skokowa

W ramach pytań do sprawozdania Damian Sułkowski dopytywał, dlaczego dopiero teraz — po niekorzystnym rozstrzygnięciu sądowym i przy perspektywie zapłaty rzędu miliona złotych — zarząd chce rozmawiać z powiatem wołowskim o ugodzie w ciągnącej się od kilkunastu lat sprawie rozliczeń za pobyt małoletnich w placówce opiekuńczo-wychowawczej. Radny kilkakrotnie powtarzał to samo pytanie, nie kryjąc irytacji wymijającymi odpowiedziami; ze strony zarządu tłumaczono, że sprawa przez lata toczyła się w sądach, pełnomocnik się odwoływał, kolejne rady i zarządy ją przedłużały, aż „doszła do ściany” — i dopiero teraz otwiera się realna przestrzeń do negocjacji, z nadzieją, że wynegocjowana kwota będzie niższa. Padło przy tym gorzkie spostrzeżenie opozycji, że negocjować po przegranej jest znacznie trudniej.

Sułkowski pytał też o pomysł płatnego parkingu przy szpitalu w Trzebnicy — zaznaczając złośliwie, że pyta starościnę, bo z nią „lepiej mu się rozmawia”. Odpowiedzi udzielił z jej upoważnienia wicestarosta Janusz Szydłowski: to inicjatywa dyrektor szpitala Izabeli Nasiukiewicz, która stale szuka rozwiązań poprawiających sytuację finansową placówki. Parking ma zostać rozbudowany o teren po dawnej kolejce wąskotorowej, obsługę przejmie wyłoniona w przetargu profesjonalna firma, wszystkie miejsca będą płatne, a personel otrzyma karty wjazdowe. Wicestarosta obrazowo tłumaczył problem: samochody pozostawiane przez pacjentów rehabilitacji stoją na szpitalnym parkingu tygodniami, a znalezienie wolnego miejsca graniczy z cudem. Radni z obu stron sali zgodnie wskazywali, że kluczowe jest takie rozwiązanie wjazdów, by karetki nie utykały w kolejce do szlabanu — padły przykłady sprawdzonych rozwiązań z wrocławskich szpitali, z osobnym wjazdem dla erek otwieranym pilotem. Adach ocenił, że odwiedzający potraktują opłatę jako formę wsparcia szpitala i nikt nie będzie miał tego za złe.

Jadwiga Głodowska pytała o pełnomocnictwo dla radcy prawnego w sprawie o rozgraniczenie nieruchomości na terenie gminy Wisznia Mała — spór, w którym powiat jest stroną postępowania. Robert Borczyk drążył natomiast sprawę pisma burmistrza Prusic w sprawie pilnego opracowania dokumentacji i realizacji odwodnienia byłej drogi wojewódzkiej w Brzeźnie. Wicestarosta relacjonował dylemat, przed jakim stanął powiat: gmina Prusice jest po przetargu na budowę kanalizacji w Brzeźnie i teoretycznie powiat mógłby wykorzystać ten moment, by podpiąć odprowadzenie deszczówki z systematycznie zalewanego odcinka — ale wymagałoby to zmiany projektu, pozwoleń wodnoprawnych i zgód spółek wodnych, a decyzje tego typu potrafią trwać rok. Zastępca dyrektora Zarządu Dróg Powiatowych dodawał, że kładziony teraz za duże pieniądze odcinek odwodnienia i tak byłby prawdopodobnie do przełożenia przy projektowanym chodniku — stąd rozważany wariant tymczasowego zbiornika rozsączającego. Borczyk kwitował krótko: trzeba po prostu odpowiedzieć gminie, spotkać się i temat załatwić, „bo pismo jest”, a na tym etapie uzgodnić rozwiązanie techniczne z gminą Prusice, „żeby nie wchodzić w niepotrzebne koszty”.

Ten sam radny dopytywał o efekty konferencji w Oławie z udziałem ministra: co konkretnie oznaczają promesy na bezkolizyjny przejazd kolejowy w Skokowej. Starościna poinformowała, że powiat pozyskał na to zadanie siedem milionów złotych i w ciągu trzech miesięcy musi zabezpieczyć w budżecie środki będące deklaracją przystąpienia do umowy; na pytanie, jaką dokładnie kwotę i jak technicznie — odpowiedziała „proszę zaufać zarządowi i współpracownikom”, licząc na partycypację gminy Prusice w kosztach. Wywiązała się przy tym uszczypliwa wymiana zdań, w której starościna próbowała odpytywać Borczyka — pracownika prusickiego urzędu — czy gmina ma koncepcję i czy zdaje sobie sprawę ze skali kosztów, a ten konsekwentnie odsyłał ją do burmistrza: „proszę pamiętać, że zadanie należy do pani, nie przerzucajmy odpowiedzialności”.

W bloku pytań znalazły się jeszcze dwa wątki. Pierwszy — badania geologiczne działki pod planowany budynek starostwa z funkcją schronową i centrum zarządzania kryzysowego: tu zgodnie uznano, że bez geologii „nikt z nami nie będzie poważnie rozmawiał”, a debatę o koncepcji trzeba odłożyć do czasu wyników. Drugi — możliwość złożenia wniosku do rządowego funduszu na drogę z Czeszowa do Kuźniczyska, na którą dokumentacja jest właściwie gotowa, oraz pytanie o współpracę z powiatem oleśnickim przy zniszczonej drodze granicznej przebiegającej przez Złotów, podzielonej między dwa powiaty. Wicestarosta odpowiadał, że wydział inwestycji ma przeanalizować, która z powiatowych dróg uzyska najwięcej punktów w naborze, a co do współpracy międzypowiatowej — powiat ma zbyt wiele własnych dróg w opłakanym stanie, by wiązać się deklaracjami, choć wstępnie sygnalizowano, że przyszłoroczna uwaga może się skoncentrować na gminie Oborniki Śląskie.

Koalicjant kontra starościna: bitwa o drogę w Kowalach

Najbardziej zaskakujący konflikt sesji rozegrał się jednak nie na linii koalicja–opozycja, lecz wewnątrz obozu władzy — przy okazji zmian w budżecie. Tłem była narastająca frustracja radnych z gminy Oborniki Śląskie. Jadwiga Głodowska wyliczała, że zarząd dodaje do budżetu wiele nowych zadań drogowych, podczas gdy stare, już wpisane, nie są nawet rozpoczęte — a mieszkańcy drugiej co do wielkości gminy powiatu, płacącej znaczące podatki, „czują się dyskryminowani”. Realizowane odcinki chodników w Kotowicach czy Paniowicach nazywała „końcówkami z poprzedniej kadencji” — drobnymi, choć potrzebnymi. Starościna broniła się, deklarując sierpniowy przetarg na drogę w Kowalach i tłumacząc roszady środków pozyskanym dofinansowaniem z Lasów Państwowych na etapowaną inwestycję Garbce–Chodlewo w gminie Żmigród, w miejsce zdjętych zadań w Borku i Osieku.

Wtedy Sławomir Błażewski — radny koalicji — złożył wniosek formalny o przesunięcie miliona złotych ze żmigrodzkiego zadania na drogę Kowale–Piekary, strategiczny dla gminy objazd między Trzebnicą a Obornikami Śląskimi, którego stan określił jako fatalny. Punktował opieszałość: projektant miał zakończyć dokumentację jeszcze w ubiegłym roku, a po siedmiu miesiącach wciąż ją „poprawia” — „w tym czasie można było zrobić całą nową dokumentację ze wszystkimi uzgodnieniami”. Wsparli go pozostali radni z Obornik: Katarzyna Jarczewska zaproponowała kompromisowe pół miliona, by nie „okradać” gminy Żmigród, ale dać realną szansę na sierpniowy przetarg — i przy okazji wytknęła, że mimo trzykrotnych próśb starostwo wciąż nie wysłało do burmistrza Obornik Śląskich pisma o zabezpieczenie środków na chodnik Bagno–Osola. Henryk Cymerman przekonywał, że bez realnej kwoty przetarg i tak trzeba będzie unieważnić, a radni obornicy jedynie wyrażają zaniepokojenie mieszkańców, którzy „jeżdżą po powiecie i widzą, że wszędzie się coś dzieje, tylko nie u nas” — „kochajmy się jak bracia, ale liczmy się jak kupcy”. Sułkowski poparł wniosek merytorycznie, proponując sfinansowanie go obligacjami zamiast zabierania innej gminie, i nie omieszkał docenić „odwagi” zdjęcia środków z Borku, sztandarowej obietnicy kampanii wyborczej.

Starościna zareagowała wyjątkowo ostro — ale nie wobec opozycji, lecz wobec własnego koalicjanta. Oświadczyła, że rozumie intencje radnych z Obornik Śląskich, natomiast nie rozumie zachowania Sławomira Błażewskiego, „który po raz kolejny zawiódł”: wiedział o spotkaniu w jej gabinecie, nie pojawił się, by szukać rozwiązania, a zamiast tego na sesji żąda pozbawiania inwestycji innych gmin — i to w sytuacji, gdy zabukowanie środków w czerwcu i tak niczego by nie zmieniło, bo Zarząd Dróg Powiatowych fizycznie nie miał jeszcze dokumentacji. „Nie ma mojej zgody, żeby zabierać i pozbawiać inwestycji inne gminy” — mówiła, dorzucając prowokacyjną kontrpropozycję: skoro tak, to w przyszłym roku w ogóle nie realizujmy zadań drogowych, dajmy te kilkadziesiąt milionów na szpital „i ciekawa jestem, jak państwo się zachowacie”. Nie zabrakło teatralnego akcentu: „to jest dama, panie Błażewski — po raz kolejny się zawiodła”. Błażewski replikował chłodno, że wcale nie zabiera wszystkich pieniędzy gminie Żmigród, bo do tamtejszej inwestycji dokładane są środki z innych źródeł; oberwało mu się też jednak z drugiej strony — radny ze Żmigrodu zapowiedział, że wniosku sięgającego po pieniądze „z mojego domu” nie poprze.

Po przerwie zwołanej dla zarządu przedstawiono autopoprawkę: na drogę w Kowalach trafia dodatkowe pół miliona złotych — zdjęte z zadania Skarszyn–Boleścin, z adaptacji pomieszczeń przy ulicy Zamkowej w Żmigrodzie i z wydatków bieżących — bez naruszania żmigrodzkiej inwestycji drogowej. Jerzy Trela dorzucił konstruktywną poprawkę architektury finansowej: brakujące do pełnej wartości zadania środki wpisać do wieloletniej prognozy finansowej, tak by przetarg można było ogłosić realnie, z terminem wykonania sięgającym wiosny. Błażewski wycofał swój wniosek, zapowiadając powrót do tematu na kolejnej sesji, jeśli oferty przetargowe okażą się wyższe. Przy okazji doprecyzowano — na pytanie Treli — kwestię etapowania inwestycji w Domanowicach, gdzie w pierwszej kolejności zabezpieczane są środki na skrzyżowanie, oraz stan przygotowań szeregu obornickich zadań: Kuraszków z podpisaną organizacją ruchu („tam się już będzie działo”), gotową dokumentację chodnika w Nowosielcach, umowę projektową na Uraz–Niziny i niedoszacowane rozpoznanie cenowe projektu ulicy Lawendowej w Pęgowie.

Budżet ze zmianami przyjęto przy jednym głosie przeciw i głosach wstrzymujących — od głosu wstrzymała się m.in. sama starościna. Przy analogicznym głosowaniu nad wieloletnią prognozą finansową wyjaśniła, że nie jest przeciwko inwestycjom w Obornikach Śląskich, Żmigrodzie ani przeciw szpitalowi, ale musi być konsekwentna wobec przedłożonego przez siebie projektu, bo „jest coś takiego jak przyzwoitość”. Sułkowski przyznał, że było to dla niego najtrudniejsze głosowanie kadencji: z jednej strony szpital i słuszny wniosek obornicki, z drugiej — zmiany w żmigrodzkich drogach, o których radni ze Żmigrodu, poza wtajemniczonymi, nie wiedzieli; dlatego się wstrzymał. Przy WPF ubolewał dodatkowo, że winda w starostwie po raz kolejny przesuwa się o rok. Osobnym wątkiem tej części obrad była wywołana przez Sułkowskiego dyskusja o kosztach zakończonej właśnie adaptacji oficyny za budynkiem starostwa — radny wyliczał, że w przeliczeniu na metr wychodzi kwota trudna do obrony, pytając „po co w ogóle to robimy, skoro brakuje pieniędzy”; z sali przypominano mu, że inwestycję rozpoczęto jeszcze za kadencji starosty Adacha, a spór o to, kto i ile na nią wydał, zakończył się typowym dla tej sesji przerzucaniem odpowiedzialności między obecną a poprzednimi władzami powiatu.

Skarga do sądu administracyjnego i wezwanie do „zarządu technicznego”

Prawdziwa burza rozpętała się przy uchwale w sprawie skargi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego na kwietniową uchwałę o utworzeniu Powiatowego Ośrodka Interwencji Kryzysowej w Trzebnicy i połączeniu go z Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie. Robert Borczyk otworzył ogniem zaporowym: w rozesłanej radnym odpowiedzi na skargę ujawniono imię, nazwisko i adres skarżącego — pytał, dlaczego starostwo „w sposób nieupoważniony przetwarza dane” i czy naruszenie zgłoszono prezesowi UODO. Drugie pytanie dotyczyło autorstwa: kto przygotował projekt uchwały i „tę skandaliczną odpowiedź”, skoro kompetencja w tej sprawie należy wyłącznie do rady — to radni powinni odpowiedź opracować i w terminie przesłać do sądu. Gdy okazało się, że dokument sporządził radca prawny zaangażowany w spór, Borczyk uznał to za dyskwalifikujące, a zapisane w projekcie upoważnienie starościny do reprezentowania powiatu przed sądem porównał do podania zapałki dziecku stojącemu przy stodole pełnej słomy. Poszedł jeszcze dalej: przywołując ustalenia protokołu RIO i przegrane przez powiat sprawy wokół odwołanego dyrektora, wezwał radnych, by „nie dali się dalej manipulować”, powołali zarząd techniczny i wskazali starostę, którego opozycja poprze — „skończmy tę kompromitację”. Za spory sądowe i prawników, mówił, „zapłacicie państwo wcześniej czy później”, a pieniędzy brakuje i na szpital, i na inwestycje.

Prowadzący w tym punkcie obrady wiceprzewodniczący Jerzy Trela studził emocje: to nie sesja absolutoryjna i nie miejsce na wzywanie kogokolwiek do abdykacji — „radnym się bywa, człowiekiem się jest”, a całokształt pracy ocenią mieszkańcy przy urnach. Damian Sułkowski przyznał, że ma dylemat: rozumie zastrzeżenia Borczyka, ale dostrzega też, że starościna „w końcu ma odwagę wziąć na siebie ciężar całej tej decyzji”. Sama uchwała podjęta z mocą wsteczną budziła w nim jednak „odrazę” — „takie cuda to chyba tylko u nas się zdarzają” — i dla zachowania choćby pozorów obiektywizmu proponował powierzenie sprawy innemu, niezaangażowanemu pełnomocnikowi, działającemu w interesie rady, nie starosty. Robert Adach ostrzegał z kolei, że zarząd „jedzie po bandzie”: są wyroki sądu w sprawie przywróconego do pracy byłego dyrektora, których za wszelką cenę się nie realizuje przez kolejne odsunięcia — a to może się skończyć nie tylko odszkodowaniem dla powiatu, lecz w skrajnym wypadku zarzutami dotyczącymi łamania praw pracowniczych, jeśli były dyrektor udowodni mobbing. Apelował o rozwiązanie polubowne: „powinniście nie krzyczeć, tylko się spotkać i zawrzeć porozumienie”. Przy okazji wypomniał starościnie ton jej wcześniejszych wystąpień — pokrzykiwanie na radnych to żadne zarządzanie, bo rada jest organem autonomicznym wobec zarządu, a radnym, „nawet jakby gadali głupoty”, należy się szacunek. Starościna odpierała zarzuty, wskazując, że skargi pisane rzekomo przez różne osoby noszą ten sam styl — co jej zdaniem świadczy o jednym autorze — oraz że przywrócony do pracy dyrektor do tej pracy nie przychodził; podkreślała, że sama podpisuje odpowiedzi i „tej odpowiedzialności się nie boi”.

Kuriozalnym momentem okazało się odkrycie, że część radnych ma głosować nad odpowiedzią na skargę, której treści nigdy nie widziała — skarga nie została im doręczona, a komisja opiniowała sprawę pod nieobecność części zainteresowanych. Marzanna Jurzysta-Ziętek zwracała uwagę, że radni mieli tydzień na zgłaszanie uwag i skoro nikt tego nie zrobił, można było domniemywać, że się zapoznali — na co opozycja odpowiadała, że nie sposób ocenić odpowiedzi, nie znając zarzutów. Wniosek Sułkowskiego o zdjęcie punktu z porządku obrad przepadł w głosowaniu — na sali było już wtedy zaledwie szesnastu radnych — także dlatego, że tego dnia mijał ustawowy termin przekazania dokumentów do sądu i, jak przestrzegał Trela, zdjęcie punktu oznaczałoby jego niedotrzymanie z konsekwencjami dla wszystkich. Ogłoszono więc przerwę na zapoznanie się z kilkunastostronicową skargą — wydrukowaną naprędce przez sekretarza — po czym uchwałę, wraz z upoważnieniem starościny, przyjęto większością głosów przy sprzeciwie opozycji.

Dwie skargi na starostę: dotacja i strzelnica

Znacznie spokojniej przebiegło rozpatrzenie dwóch skarg powszechnych. Pierwszą — na działalność zarządu i starosty w związku z trybem przyznania dotacji dla stowarzyszenia w trybie artykułu 19a — komisja skarg uznała za bezzasadną: wszystkie procedury, terminy, powiadomienia i obwieszczenia na tablicy starostwa zostały zachowane, co pod nieobecność chorego przewodniczącego komisji zreferował Sławomir Błażewski. Przewodnicząca dodała wyjaśnienie natury ogólnej: w trybie skargi powszechnej każdy obywatel może skarżyć się na co chce — co nie znaczy, że skarga jest zasadna.

Druga skarga dotyczyła uciążliwości strzelnicy w rejonie Grądzika w gminie Żmigród. Komisja również nie dopatrzyła się naruszeń po stronie starostwa — przeprowadzone badania hałasu nie wykazały przekroczeń norm dla występującej tam zabudowy — ale, jak z naciskiem podkreślała Marzanna Jurzysta-Ziętek, członkowie komisji wspólnie wypracowali apel do zarządu, by mimo formalnej bezzasadności skargi realnie pomóc mieszkańcom: czy to wspierając pozyskanie środków na ekrany, czy w inny sposób — „to jest też sprawa społeczna”. W dyskusji padały kolejne propozycje: Borczyk mówił o negocjacjach z prowadzącym strzelnicę przedsiębiorcą, który „robi na tym duże pieniądze”, i o obsadzaniu pasów drogowych dróg powiatowych zielenią wytłumiającą; inny radny przekonywał, że nasadzenia to za mało i potrzebny jest wspólny z gminą Żmigród projekt, choćby rozbudowa wałów wygłuszających — zaznaczając równocześnie, że rozumie i skarżących, i potrzebę istnienia strzelnicy. Wybrzmiał też problem systemowy: normy hałasu dla zabudowy zagrodowej są łagodniejsze niż dla mieszkaniowej, więc tam, gdzie dla domów jednorodzinnych byłoby przekroczenie, dla siedlisk go nie ma — a ludzie budują się na działkach siedliskowych i konsekwencje ponoszą sami. Padło również zasadnicze pytanie, „co było pierwsze” — zabudowa czy strzelnica — oraz uwaga, że zgodę na taką działalność przy granicy parku krajobrazowego wydała gmina. Starościna relacjonowała, że rozmawiała i z burmistrzem Żmigrodu, i z przedstawicielami strzelnicy, i z sołtysem, a formalnie skarżącym jest jedno małżeństwo — do niej samej głosy innych mieszkańców Grądzika nie docierały. Trela spuentował: chodzi o to, by starosta i burmistrz wystąpili wobec prowadzącego strzelnicę nie z pozycji przymusu, lecz z prośbą mieszkańców — i by na jednej z kolejnych sesji radnym przedstawiono, co z tych rozmów wynika. Uchwałę o bezzasadności skargi podjęto przy kilku głosach wstrzymujących.

Kroplówka dla szpitala

Pod koniec sesji rada wróciła do tematu, od którego wszystko się zaczęło — tym razem już na poziomie liczb i mechanizmów. Właściwa dyskusja rozpoczęła się zresztą wcześniej, przy okazji autopoprawki podnoszącej maksymalną wysokość pożyczek udzielanych przez zarząd do 3,5 miliona złotych — kwoty przeliczonej po uzgodnieniach z ZUS i dyrekcją szpitala, wyższej od czerwcowej o kilkaset tysięcy. Opozycja od razu uderzyła w czuły punkt: skoro miesiąc temu, przy dyskusji o pokryciu całej straty, znana była liczba przeterminowanych faktur, to na co zarząd czekał? Odpowiedź przewodniczącej i skarbnik odsłoniła sedno sporu semantycznego, który od tygodni napędzał konflikt: co właściwie znaczy „pokryć całą stratę”. Adach ujął rzecz brutalnie praktycznie — opozycję interesuje jedno: ile dziś trzeba dać szpitalowi, żeby zachował płynność; a to, jak wynikało z padających na sali szacunków, kwota rzędu kilkunastu–dwudziestu milionów, nieosiągalna dla powiatowego budżetu.

Skarbnik powiatu cierpliwie rozplątywała pojęcia, których nieodróżnianie starościna zarzucała rano opozycji. Strata szpitala w rachunku zysków i strat — ponad siedem milionów — jest stratą księgową, na którą wpływa „papierowy” koszt amortyzacji; przepisy ustawy o działalności leczniczej pozwalają zaś powiatowi pokryć jedynie stratę netto pomniejszoną o amortyzację, czyli kwotę kilkukrotnie niższą. Pierwszą, większą część tej straty przekazano szpitalowi po czerwcowej uchwale; teraz rada domykała pozostałą — niespełna 760 tysięcy złotych. Poza tym mechanizmem powiat może pomagać szpitalowi wyłącznie dotacjami na inwestycje, remonty i szkolenia oraz pożyczkami — które, w odróżnieniu od pokrycia straty, wchodzą w dług publiczny. Skarbnik broniła też sekwencji zdarzeń: zarząd pochyla się nad takimi kwotami, o jakie wnioskuje dyrekcja — a w ubiegłym roku ówczesny dyrektor sam prosił o pokrycie miliona i odłożenie reszty, co potwierdził z własnych rozmów z nim Jerzy Trela. Uchwałę o pokryciu podjęto zaraz po zatwierdzeniu sprawozdania finansowego, bez zwłoki, bo sytuacja jest „podbramkowa”.

Kluczowa dla zrozumienia powagi sytuacji okazała się informacja, że ZUS zerwał ugodę ze szpitalem. Trela, który wraz ze skarbnik był na negocjacjach w ZUS, tłumaczył mechanizm zagrożenia: bez nowej ugody zaległe składki stają się wymagalne z dnia na dzień, co grozi egzekucją komorniczą i zajęciem — a w praktyce wyzerowaniem — konta szpitala na kilka miesięcy. Pożyczka jest więc warunkiem wejścia w nowe negocjacje: chodzi o rozłożenie zaległości na raty przy bieżącym regulowaniu składek, bo jeśli szpital ponownie przestanie płacić w terminach zapisanych w ugodzie, „problem wróci — i co wtedy?”. Skarbnik dodawała, że uporządkowanie danin publicznoprawnych — ZUS i urzędu skarbowego — otwiera dopiero drogę powrotu do rozmów z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, który potrafi finansować placówki nawet na dwadzieścia lat, ale tylko przy czystej sytuacji wobec państwa. Zastrzegała przy tym trzeźwo, że powiat — z budżetem obciążonym rekordowymi inwestycjami — nie jest samorządem, który może „żonglować podatkami”, a łączna tegoroczna pomoc dla szpitala, wliczając pożyczkę, przekroczy już dziesięć milionów złotych; stać na to powiat wyłącznie dzięki dużej nadwyżce operacyjnej wypracowanej oszczędnym zamknięciem poprzedniego roku.

Przy samej uchwale o pokryciu straty Damian Sułkowski — uprzedzając, że zaraz będzie musiał opuścić salę — wygłosił wystąpienie będące punkt po punkcie odpowiedzią na poranne zarzuty starościny. Film opozycji, mówił, trwał niecałe pięć minut, z czego wypowiedzi autorów zajęły czterdzieści sekund — i „całkowicie odbiega od słów pani starosty”: było w nim przede wszystkim zapewnienie, że opozycja stoi murem za personelem medycznym i jakością usług, a poza tym same pytania, żadne stwierdzenia. „Proszę sobie to obejrzeć i przesłuchać.” Odrzucił zarzut niewiedzy: wraz z Borczykiem byli w szpitalu, otrzymali wiele materiałów i wyciągnęli z nich wnioski — ale wciąż brakuje im tego, co najistotniejsze: szczegółowego rozbicia, na co idą środki w podziale na oddziały i rodzaje zabiegów, oraz struktury wynagrodzeń — nie imiennie, lecz według funkcji i form zatrudnienia: kontrakt, umowa o dzieło, dodatki za zabiegi. Punktował, że zadłużenie szpitala rok do roku pozostaje na praktycznie analogicznym poziomie, więc „głęboki alarm” powinien wybrzmieć już w ubiegłym roku, a nie dopiero teraz. Domagał się wreszcie od zarządu jednej, konkretnej koncepcji dalszych działań, na bazie której można rozmawiać — a nie, jak ostatnio, pięciu wariantów do wyboru: „nie zrzucajcie odpowiedzialności na zwykłych radnych, nie jesteśmy fachowcami, to są tematy, które nas przekraczają” — i przestrzegał przed losem szpitali, które zniknęły z mapy. Podtrzymał również pryncypialny sprzeciw wobec obradowania za zamkniętymi drzwiami: wyborcy mają prawo poznać zdanie i opinie radnych, a jeśli spotkanie już ma się odbyć bez kamer, to przynajmniej z protokołem, „żeby było napisane, kto co powiedział i jakie ma zdanie”.

Starościna odpowiedziała wycieczką w przeszłość, która na moment zamieniła sesję w seans wspólnych wspomnień z Robertem Adachem. Radną powiatową jest od kilkunastu lat — zaczynała, gdy starostą był właśnie Adach, i to on, jak przypominała mu wprost, już wtedy „nie bez powodu myślał o konsolidacji” z inną placówką, obawiając się zarazem wpływu takiej decyzji na wynik wyborów; temat wrócił za kolejnego starosty, podpisano nawet list intencyjny. Morał był czytelny: problem nie wziął się z „widzimisię” żadnego starosty, lecz z trwającego od lat kryzysu finansowania ochrony zdrowia, a ponad dwudziestomilionowy dług szpitala ma historię, którą „starosta Adach doskonale zna”. Przywołała też niepłacone do dziś przez NFZ nadwykonania oraz — nie bez emocji — dawną akcję protestacyjną z trumną przywiezioną pod starostwo, pytając Adacha: „potrzebne to było?”. Broniła byłego dyrektora Maroszka — „znakomitego dyrektora; gdyby był tak słaby, nie byłby dzisiaj we Wrocławiu” — i protestowała przeciwko krążącemu określeniu „salonik VIP-owski” oraz przenoszeniu na trzebnicką placówkę skojarzeń ze skandalami organizacyjnymi warszawskich szpitali, co — jak mówiła — bardzo boli miejscowy personel. Zadeklarowała, że nie oczekuje, by to radni projektowali restrukturyzację — zarząd przedstawi propozycje przygotowane przez fachowców — ale od odpowiedzialności za uchwały rada nie ucieknie. Sama jest „wręcz przekonana”, że bez konsolidacji i restrukturyzacji się nie obejdzie. Na koniec ujawniła skalę problemu kosztowego: z otrzymanych tego dnia analiz poszczególnych oddziałów wynika, że same osobowe koszty wynagrodzeń pochłaniają ponad trzydzieści trzy miliony przy stumilionowym budżecie placówki. Ponowiła też zapowiedź, że zaproponuje, by w przyszłorocznym budżecie ograniczyć inwestycje drogowe na rzecz ochrony zdrowia — bo na tle porównywalnych powiatów z drogami „nie jest u nas najgorzej” — zastrzegając zarazem wobec sugestii o cięciach: „mówicie, że trzeba zlikwidować nierentowne oddziały — stańmy przed mieszkańcami i powiedzmy to”. Opozycja odparła zgodnie, że nikt takiej decyzji nie ogłaszał, a o oddziałach i tak zdecydowałby regulaminem dyrektor, nie radni.

Ton konkluzji nadali Adach i Trela. Pierwszy — przyznając, że sam waha się między dwiema szkołami: powiat powinien „być obok i wspierać”, ale nie odpowiadać za szpital, kontra „każdy z nas chce mieć szpital tutaj, na miejscu” — kreślił realne pole manewru: pokrywanie straty netto, celowane wsparcie na sprzęt i pożyczki, teoretycznie z możliwością późniejszego umorzenia, jak praktykuje to samorząd województwa. Sam kredyt nie jest problemem — nawet instytucje pozabankowe nie różnią się dziś istotnie oprocentowaniem — problemem jest to, że bez zbilansowania bieżących kosztów szpital z impasu nie wyjdzie, a powiat jest „za biednym organem”, by finansować go bez końca: realnie może obracać kwotą rzędu pięciu milionów rocznie, nie tracąc funkcji rozwojowych, i nie ma szans równać się z marszałkiem stawiającym za półtora miliarda centrum onkologii. Wskazał dwa kluczowe nadchodzące wydarzenia: rozstrzygnięcie konkursu na dyrektora — bo pełniący obowiązki nie będzie miał odwagi podejmować ryzykownych decyzji — oraz audyt czy program naprawczy, po którym dyrekcja, z aprobatą rady, będzie musiała podjąć „ciężkie decyzje, z których ktoś będzie zadowolony, a ktoś nie”. Dorzucił wreszcie refleksję o małomiasteczkowym wymiarze sporu: „to jest w ogóle małe miasto, wszyscy się znają — to jest ranienie się po rodzinie”. Trela przypominał, że przekazywane właśnie środki to kroplówka na dwa–trzy miesiące — bez zbilansowania poszczególnych oddziałów i programu naprawczego problem „wróci jak bumerang”, być może kosztem przyszłorocznych inwestycji, co mieszkańcom trzeba będzie umieć wytłumaczyć; przywoływał też precedens sprzed dekady, gdy rada w zgodzie pokryła straty z kilku lat naraz — „każdy płakał, ale zrobił”. Borczyk, zamykając, przyznał sam: po fatalnym początku sesja kończy się jednak inaczej — „trzeba znaleźć kompromis, pokryć to, co możemy, i dokonać restrukturyzacji bez wątpienia”; spółce mówi „raczej nie”, ale niech wypowiedzą się fachowcy — a spotkanie, które powinno się odbyć pół roku temu, wreszcie się odbędzie. Ostatecznie uchwałę o pokryciu drugiej części straty szpitala za 2025 rok radni przyjęli jednogłośnie — co po godzinach sporów o to, kto bardziej troszczy się o trzebnicki szpital, stanowiło wymowną puentę.

Powiat wchodzi w transport publiczny

Niemal niezauważenie, na tle wcześniejszych emocji, przeszła uchwała w sprawie cen biletów oraz opłat dodatkowych i manipulacyjnych w organizowanym przez powiat publicznym transporcie zbiorowym — szczegółowo omówiona wcześniej na ponadgodzinnym posiedzeniu komisji. Jerzy Trela podkreślił wagę momentu: powiat po raz pierwszy wchodzi w organizację przewozów, wracając do pomysłu porzuconego przed laty — „teraz jest szansa, żeby te czarne dziury zazielenić”. Przestrzegał zarazem przed nadmiernymi ambicjami: gdyby powiat chciał przejąć transport w całości, przy problemach szpitala by tego nie udźwignął. Uchwałę przyjęto jednogłośnie, a dziesiątą godzinę obrad Trela skwitował gorzkim żartem, że dopiero wtedy rada „zaczyna rozsądnie myśleć”. Zapytań radnych, spraw różnych ani wolnych wniosków już nie zgłoszono.

  • Andrzej Podrez

    Mieszkam w gminie Wisznia Mała od prawie 20 lat. Od lat obserwuję nierówne traktowanie mieszkańców mniejszych miejscowości, takich jak Wysoki Kościół. Brak realnego dialogu i perspektyw na zmianę, skłonił mnie do stworzenia tej kolejnej, nowej odsłony niniejszego portalu jako miejsca niezależnej analizy działań władz gminy.

    Related Posts

    Powiat trzebnicki i Trzebnica

    XXXIV sesja Rady Powiatu Trzebnickiego VII kadencji 2024-2029 — 3 sierpnia 2026r

    XXXIV sesja Rady Powiatu Trzebnickiego VII kadencji 2024-2029 — 3 sierpnia 2026r

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część VII (kwiecień-czerwiec 2026r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część VII (kwiecień-czerwiec 2026r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część VI (styczeń-kwiecień 2026r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część VI (styczeń-kwiecień 2026r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część V (sierpień-grudzień 2025r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część V (sierpień-grudzień 2025r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część IV (czerwiec-lipiec 2025r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część IV (czerwiec-lipiec 2025r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część III (styczeń-maj 2025r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część III (styczeń-maj 2025r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część II (wrzesień-grudzień 2024r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część II (wrzesień-grudzień 2024r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część I (maj-sierpień 2024r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część I (maj-sierpień 2024r.)

    Odwiert geotermalny Jadwiga T-1 w Trzebnicy — naukowe fundamenty ambitnego projektu

    Odwiert geotermalny Jadwiga T-1 w Trzebnicy — naukowe fundamenty ambitnego projektu

    Referendum się nie odbędzie. Wygrała demokracja, wygrali mieszkańcy Trzebnicy

    Referendum się nie odbędzie. Wygrała demokracja, wygrali mieszkańcy Trzebnicy

    Sprawa burmistrza Marka Długozimy… Co dalej?

    Sprawa burmistrza Marka Długozimy… Co dalej?

    Uzdrowisko Trzebnica. Mrzonka czy historycznie i naukowo uzasadniona wizja rozwoju miasta?

    Uzdrowisko Trzebnica. Mrzonka czy historycznie i naukowo uzasadniona wizja rozwoju miasta?

    Burmistrz Trzebnicy z zarzutami. W poszukiwaniu rzetelnych informacji…

    Burmistrz Trzebnicy z zarzutami. W poszukiwaniu rzetelnych informacji…