Z sowieckiego łagru do Malina. Historia Olega Krzyżanowskiego

Od 5 lat mieszka w Malinie. Społecznik. Założyciel i do 2005 roku prezes Stowarzyszenia Malin z Natury Zielony. Członek Rady Seniorów Województwa Dolnośląskiego.

Urodzony 12 lat po zakończeniu II wojny światowej Oleg Krzyżanowski jest jednym z najmłodszych Sybiraków we Wrocławiu. Poznajcie jego historię.


Rodzina, która prawie cała otarła się o Syberię. Trzej bracia w łagrach, matka — Rosjanka skazana za dwie główki kapusty, stryj, który wyszedł z obozu prosto do armii Andersa i walczył pod Monte Cassino. Oto osobista opowieść Olega Krzyżanowskiego — urodzonego w Workucie, za kołem podbiegunowym.


Workuta

Workuta powstała na wiecznej zmarzlinie, na bagnach. Domy stawiano na palach, chodniki — układane również na palach — prowadziły przez mokradła. Rozciągano wzdłuż nich liny, przynajmniej z jednej strony, żeby potężne wiatry nie zwiały ludzi z utwardzonych przejść, a zimą żeby nie wpadali w zaspy. Dziesięć miesięcy mroźnej zimy, tylko dwa miesiące lata.

Tam zaczęło się moje życie.

Jeden z obozów Workutłagu. W tle szyb nr 1 „Kapitalnaja”. Zdjęcie wykonano potajemnie w 1956 roku ze szczytu hałdy szybu nr 9–10. Autor: Stanisław Kiałka – były więzień Workuty

To, co widzicie Państwo powyżej, to był obóz pracy, obóz koncentracyjny — w którym dwanaście i pół roku spędził mój ojciec, Michał Krzyżanowski. Pewnej nocy zabrano go z domu w Czortkowie (woj. tarnopolskie), który wówczas leżał w Polsce, a dziś znajduje się na Ukrainie. Po kilku miesiącach w więzieniu śledczym — jak oni to nazywali — w Kijowie, wywieziono go właśnie do Workuty.

Workuta leży na północny wschód od Moskwy, tuż przed Uralem. Wciąż jeszcze w europejskiej części Rosji, ale już za kołem podbiegunowym.

Wyrok

Ojca przywieziono do obozu zimą. Sąd skazał go na karę śmierci. Okazało się jednak, że dla skazanych na śmierć nie ma cel. Dano mu więc łopatę i kazano wykopać sobie celę w śniegu, który leżał tam na trzy, cztery metry. Metr na metr, bez dachu — chroniły go tylko ściany ze śniegu i to głównie przed wiatrem.

Nie potrafił określić, ile tam był. Na pewno więcej niż kilka dni — ale czy tydzień, czy miesiąc, nie wiedział. Jedzenia prawie nie dostawali. Nieopodal był plac. Co jakiś czas wywoływano stamtąd nazwisko — po rosyjsku. Człowiek wychodził z takiej śnieżnej celi, szedł na plac, a potem słychać było strzały. Działo się to i w dzień, i w nocy. Coś niewyobrażalnego — jakie to były tortury psychiczne.

Po pewnym czasie wezwano go znów przed komisję. Stwierdziła, że władza sowiecka jest tak wspaniałomyślna, iż zamieni mu karę śmierci na dożywotnią pracę w kopalni.

Kopalnia

Ojciec bardzo mało mówił o tamtych czasach — o tym, jak zmuszono go do pracy w kopalni węgla, o której wcześniej nie miał pojęcia, i jak za kromkę chleba musiał pracować po dwanaście, szesnaście godzin pod ziemią.

Sam przepracowałem ponad dwadzieścia lat jako inżynier górnik — w przemyśle wydobywczym, nie tylko węglowym. Wiem, że warunki w kopalniach są bardzo wymagające nawet dzisiaj. A wtedy nie było żadnego BHP. Wręcz przeciwnie: obowiązywał rozkaz, żeby wydobycie było jak największe. Kiedy ktoś ginął, po prostu zastępowano go dwoma, trzema kolejnymi więźniami — żeby pompować węgiel w radziecką gospodarkę. To były dla niego, jak i dla tysięcy innych więźniów, czasy bardzo, bardzo ciężkie. Każda chwila była testem ludzkiej wytrzymałości — fizycznej i psychicznej.

Szukając śladów ojca, skontaktowałem się z jedną z najstarszych osób, które przeżyły Workutę — z panią Wandą, którą wielu Wrocławian z kręgów AK i Sybiraków dobrze zna. Ona też pracowała na kopalni, pod ziemią. Tam nie było różnicy, kobieta czy mężczyzna — potrzebne były ręce, które wyrwą ziemi węgiel. Pani Wanda nie znała mojego ojca, a i ja nie rozpoznałem go na żadnym ze zdjęć, które mi pokazywała. Ale od niej dowiedziałem się, jak traktowano więźniów i jakie warunki tam panowały.

Miska zupy

Pewnego razu ojca wysłano do kuchni — miał nosić węgiel do pieca, żeby kucharze mieli na czym gotować strawę. Węgiel był zamarznięty, więc rozkuwał go kilofem i przy tym przeklinał Stalina po polsku: żeby go krew zalała, i tak dalej.

Wtedy podszedł do niego jeden z kucharzy i powiedział, żeby się zamknął — bo jak usłyszy go ktoś z ochrony, po prostu pójdzie pod ścianę. Ten sam człowiek, Polak, do końca pobytu ojca w łagrze dolewał mu trochę więcej zupy. I przypuszczam, że właśnie dzięki temu ojciec przeżył — bo racje żywnościowe były takie, że mało kto z nich wychodził żywy.

Wiele lat później ten przyjaciel przyjechał do nas, na urodziny ojca. Zamknęli się we dwóch w pokoju. Z mamą słyszeliśmy przez drzwi tylko jedno: jak dwóch dorosłych mężczyzn płacze.

Matka

Mama trafiła na Workutę z zupełnie innego rozdania niż ojciec. Była Rosjanką. Pochodziła z Iwanowa — miasta położonego, patrząc stąd, również za Moskwą. Do łagru trafiła za to, że jako młoda dziewczyna ukradła z kołchozowego pola dwie małe główki kapusty. Wyrok, który jej odczytano, był prosty: za każdą główkę kapusty — 3 lata zesłania.

I tak powstało małżeństwo: Polaka, którego zesłali do łagru Sowieci, i Rosjanki, którą wysłał ten sam znienawidzony reżim. To chyba ona jeszcze bardziej niż ojciec parła do wyjazdu ze Związku Radzieckiego do Polski. Ojciec po tych dwunastu latach był bardzo przestraszony — wszędzie widział kogoś, kto może unicestwić jego sen o powrocie. A mnie, jak myślę, to głównie ona dobrze przygotowała do tego wyboistego życia.

Narodziny

Urodziłem się w Workucie 29 października 1957 roku. Mama dała ojcu znać, kiedy ma po mnie przyjechać. Załatwił skądś ciężarówkę i przyjechał — oczywiście z kierowcą. Wydano mnie ojcu zakutanego w jakieś łachy, szmaty, nie umiem tego inaczej nazwać. Mama została jeszcze przez jakiś czas w szpitalu.

Przy tamtejszych mrozach okna w szpitalu były podwójne i obłożone watą, żeby kobietom stworzyć jako takie warunki. Mama, jak opowiadała, wybiła szybę — tak mocno stukała i gestykulowała, żeby ojciec zakrył mi twarz. Na zewnątrz było grubo poniżej minus trzydziestu stopni.

Tata popatrzył na mnie, popatrzył na nią, machnął ręką. Mama mówi, że odczytała to z ruchu jego ust: jak ma żyć, to będzie żył. I tak zawiózł mnie do domu — nie wiem, ile to było kilometrów.

Półwolność i droga do Polski

Potem czasy się zmieniły. Ojciec dostał pismo, które określało jego zesłanie — od tego i tego dnia. Dostał przepustkę, żeby pojechać do Czortkowa — ale musiał wrócić pod groźbą ponownej kary.

Na tej — trudno to nazwać wolnością, to nie była nawet półwolność — żył już poza drutami, w mieście Workucie, i pracował w tych samych warunkach, z tymi samymi ludźmi co przedtem. I trochę z duszą na ramieniu, już z oficjalnym pozwoleniem na repatriację w marcu 1959 roku, wywiózł rodzinę do Polski. To była długa podróż!

Z opowieści mamy pamiętam, że mieli mnie i trzy walizki. Jedna z nich przetrwała do dziś i stała się naszym rodzinnym symbolem. Symbolem wolności. Symbolem czegoś, co pokazuje, jak trudno jest zniszczyć ludzki cel, ludzką egzystencję i dążenie do tego, żeby po prostu żyć na wolności.

Rodzina, która prawie cała otarła się o Syberię

Najstarszy brat ojca, Ludwik, też się tam znalazł — nie wiem, jakim sposobem, ale wiem, że pracował przy wyrębie lasów. Najbliżej byłem natomiast ze stryjem Zygmuntem, starszym od ojca o dwa lata, który z całej trójki został wywieziony najwcześniej. Brał udział w kampanii wrześniowej jako żołnierz — mam jego medal za rok 1939. A dalej jego losy to już losy żołnierza Andersa. Opowiedział mi to dopiero, gdy byłem dorosły, miałem osiemnaście lat, podczas mojej wizyty u niego w Kanadzie, w Hamilton.

Pewnego dnia powiedziano na apelu, że wszyscy Polacy mogą iść do armii Andersa. Własnym uszom nie wierzyli. Nagle otwierają się bramy łagru: wychodź, idź. Słyszeli wcześniej coś o tej armii, ale wyobrażali sobie, że to będzie inaczej zorganizowane — że przyjedzie polski oficer, spisze ich na listę, zabierze. A tymczasem po prostu otwarta brama i: możesz iść, jesteś człowiekiem wolnym.

Poszedł, jak wielu — jeden szybciej, drugi wolniej. Gdzieś po drodze, nie wiadomo po ilu tygodniach, obudził się w małej izbie rosyjskiej rodziny. Znalazł go drwal wraz z żoną. Znaleźli go nieprzytomnego, już zamarzającego, w tajdze, gdzie ścinali drzewa. Zabrali go do siebie, trzymali co najmniej dziesięć dni, wykurowali, dali dwie skromne kromki chleba i pokazali kierunek: tam masz iść. Doszedł.

A że z zawodu był kierowcą, generał Anders dał mu szansę: został żołnierzem, kapralem, czołgistą. Walczył pod Monte Cassino — przekazał mi swój Virtuti Militari za tę bitwę. Kilka razy miał okazję rozmawiać z generałem. Mówił, że to był naprawdę dobry człowiek, który Sybiraków rozumiał najlepiej — bo przecież sam był więziony przez reżim stalinowski.

W Polsce

Po krótkim czasie w Polsce — rok, może czternaście miesięcy we Wschowie, w województwie zielonogórskim — ciężkie warunki materialne zmusiły ojca do powrotu do tego, czego nauczyli go Sowieci, czyli do górnictwa. Znalazł pracę w kopalni węgla kamiennego Ziemowit w Lędzinach na Śląsku. Tam spędziliśmy następne trzydzieści lat.

Ojciec umarł, gdy miałem dwadzieścia sześć lat. Na raka płuc. Nie było mu dane żyć w tej prawdziwej, wolnej i demokratycznej Polsce, do której tak tęsknił. Ale dokonał swego żywota właśnie tu, w Polsce — a nie gdzieś na Syberii. I za to, jako jego syn, dziękuję — i Bogu, i ludziom, którzy go chronili.

W świat

Swoją przyszłość zbudowałem na górnictwie. Po ukonczeniu elektroniki na Politechnice Wrocławskiej zacząłem pracę na kopalni Ziemowit, tej samej gdzie przez wiele lat pracował ojciec. Zdobyłem również dyplom inż. górnika na AGH aby kontynuować karierę wytyczoną tak dramatycznie przez tatę.

Z tym bagażem wiedzy wraz z żoną i z trójką dzieci pojechaliśmy na emigrację do Republiki Południowej Afryki. Moja żona Józefina była magistrem inżynierem ochrony środowiska. Był to tam bardzo ceniony zawód. Ja znalazłem pracę na kopalni platyny. Górników z Europy i miejscowych trochę tam już było… Mój — jak go nazywam — duży boss powiedział wprost: do Polski możesz wracać, kiedy zechcesz, ale zostaw nam swoją żonę. Józefina przez dwadzieścia lat była tam menedżerem do spraw ochrony środowiska i bardzo lubiła swoją pracę. Ja też byłem szczęśliwy, że pracuję na kopalni — to jakoś dopełniało mój obraz.

Z górnictwem związała się też nasza najstarsza córka. Na Uniwersytecie w Pretorii uzyskała dyplom inżyniera górnika. Po kilku latach w RPA — na kopalniach diamentów De Beers, po epizodzie w Nowej Zelandii pracuje dziś w Australii. Synowie poszli inną drogą, w branże bardziej związane z ludźmi niż z maszynerią i materiałami wybuchowymi. Jeden mieszka tu, we Wrocławiu, ma dwie córeczki — nasze dwie wnuczki, nasze miłości. Najmłodszy mieszka w Anglii, z żoną, którą poznał i poślubił w RPA; z tamtej strony mamy troje wnucząt. Zawsze zaczynamy od sakramentalnego „How are you?”, ale nie „grandmother” i „grandfather”, tylko „babcia” i „dziadek”.

Zakończenie

Dziękuję rodzicom, że się spotkali, że mnie urodzili, wywieźli do Polski i tu wychowali. A reszta była już w naszych z Józefiną rękach. Dziękuję Państwu bardzo.


Workuta — nota encyklopedyczna

Kompleks obozowy w rejonie Workuty zaczął powstawać na początku lat 30. XX wieku. Sam Workutłag, jako odrębną jednostka administracyjna systemu Gułagu, utworzono 10 maja 1938 roku i — pod zmieniającymi się nazwami — istniał do początku lat 60. XX wieku. Leżał na dalekim północnym wschodzie ZSRR, w Autonomicznej Republice Komi. Położenie za kołem podbiegunowym, w głębi lądu i w pobliżu Morza Lodowatego sprawiało, że panował tam klimat subpolarny: bardzo długie zimy z temperaturami spadającymi poniżej minus pięćdziesięciu stopni, niekiedy z gwałtownymi zamieciami, i tylko krótkie, ciepłe lata. Zimą trwała wielomiesięczna noc polarna, latem — jasne noce.

Obóz wziął nazwę od pobliskiej rzeki Workuty, nad której brzegiem przymusowi robotnicy już od końca lat 20. wznosili niewielką osadę. Powodem założenia kompleksu były ogromne złoża surowców, przede wszystkim węgla kamiennego — szacowano, że pod wieczną zmarzliną zalega ponad 36 miliardów ton tego cennego dla industrializacji kraju surowca. Wydobywano go rękami tysięcy łagierników i jeńców wojennych. Z czasem Workuta stała się jednym z największych i najdłużej działających kompleksów obozowych podlegających centralnemu zarządowi Gułagu.

W 1952 roku region obozowy obejmował 29 oddziałów — ogrodzonych obozów barakowych, częściowo sprzężonych z zakładami produkcyjnymi lub szybami węglowymi. Liczba więźniów zmieniała się znacznie: od 15 009 w roku założenia (1938) do 72 940 na początku 1951 roku, czyli najwyższego stanu w dziejach obozu; średnio przebywało tam około 50 tysięcy osób. Wśród nich byli więźniowie polityczni, karani za rzekome przestępstwa „kontrrewolucyjne”, a także pospolici kryminaliści. Przeważali mężczyźni różnych narodowości ZSRR; inni pochodzili z zajętych przez Armię Czerwoną krajów Europy Wschodniej, zwłaszcza z Polski i krajów bałtyckich.

Praca skupiała się na wydobyciu węgla. Ludowy komisarz spraw wewnętrznych Ławrientij Beria nakazał zwiększyć je w latach 1942–1948 dziesięciokrotnie; już w pierwszym roku plan przewidywał 750 tysięcy ton, a w 1943 — 810 tysięcy. Temu celowi podporządkowano niemal wszystkie inne prace: drążenie nowych szybów, budowę zakładów energetycznych i ciepłowniczych, cementowni i cegielni, dróg, baraków oraz linii kolejowych do wywozu węgla — wszystko w najcięższych warunkach klimatycznych i kosztem życia dziesiątek tysięcy więźniów.

Śmierć Stalina w marcu 1953 roku i aresztowanie Berii w czerwcu obudziły wśród osadzonych nadzieje. Gdy administracja zignorowała żądania rewizji wyroków i jeszcze zwiększyła presję na pracę, latem 1953 roku w części szybów doszło do spontanicznych, a potem zorganizowanych strajków. Domagano się ponownego rozpatrzenia wszystkich spraw oraz nieograniczonej korespondencji z rodzinami. Bunt stłumiono krwawo 1 sierpnia 1953 roku — w samym 10. oddziale obozowym zginęło 53 więźniów, a 123 zostało rannych. Mimo to opór przyniósł w kolejnych miesiącach pewne ustępstwa: ściślejsze przestrzeganie przepisów bezpieczeństwa i czasu pracy, lepsze wynagrodzenie i zaopatrzenie oraz swobodniejszy kontakt listowny z bliskimi.

Zwalnianie więźniów i likwidacja obozu ciągnęły się do stycznia 1960 roku — jeszcze 1 stycznia 1956 roku administracja meldowała 50 515 osadzonych. Przez ponad dwadzieścia lat przez region Workuty przeszło około miliona więźniów, którzy zostawili po sobie ważne dla ZSRR zagłębie przemysłowe. Ćwierć miliona z nich nie przeżyło — spoczęli w nieznanych mogiłach.

Powyższy wpis powstał na podstawie nagrania zrealizowanego przez Sylwestra Górskiego, którego najważniejsze wątki zostały opublikowane w poniższym filmie. Zachęcam do oglądania.

  • Andrzej Podrez

    Mieszkam w gminie Wisznia Mała od prawie 20 lat. Od lat obserwuję nierówne traktowanie mieszkańców mniejszych miejscowości, takich jak Wysoki Kościół. Brak realnego dialogu i perspektyw na zmianę, skłonił mnie do stworzenia tej kolejnej, nowej odsłony niniejszego portalu jako miejsca niezależnej analizy działań władz gminy.

    Related Posts

    Subiektywna kronika polityczno-ekonomiczna gminy Wisznia Mała. Rok 2015.

    2015: gmina buduje, WSA wykreśla. Rok inwestycji, dotacji i wadliwych planów Rok 2015 trudno opisać jednym słowem. Gmina kończyła świetlice, remontowała szkołę w zabytkowym pałacu, projektowała dziesiątki kilometrów kanalizacji i…

    Czytaj dalej
    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część III (styczeń-maj 2025r.)

    XI sesja Rady Powiatu Trzebnickiego VII kadencji 2024-2029 — 30 stycznia 2025r. Sesja nadzwyczajna w cieniu sporu o tryb jej zwołania XI sesja Rady Powiatu Trzebnickiego miała charakter nadzwyczajny —…

    Czytaj dalej

    Powiat trzebnicki i Trzebnica

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część III (styczeń-maj 2025r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część III (styczeń-maj 2025r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część II (wrzesień-grudzień 2024r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część II (wrzesień-grudzień 2024r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część I (maj-sierpień 2024r.)

    Powiat trzebnicki: anatomia konfliktu dla początkujących – część I (maj-sierpień 2024r.)

    Odwiert geotermalny Jadwiga T-1 w Trzebnicy — naukowe fundamenty ambitnego projektu

    Odwiert geotermalny Jadwiga T-1 w Trzebnicy — naukowe fundamenty ambitnego projektu

    Referendum się nie odbędzie. Wygrała demokracja, wygrali mieszkańcy Trzebnicy

    Referendum się nie odbędzie. Wygrała demokracja, wygrali mieszkańcy Trzebnicy

    Sprawa burmistrza Marka Długozimy… Co dalej?

    Sprawa burmistrza Marka Długozimy… Co dalej?

    Uzdrowisko Trzebnica. Mrzonka czy historycznie i naukowo uzasadniona wizja rozwoju miasta?

    Uzdrowisko Trzebnica. Mrzonka czy historycznie i naukowo uzasadniona wizja rozwoju miasta?

    Burmistrz Trzebnicy z zarzutami. W poszukiwaniu rzetelnych informacji…

    Burmistrz Trzebnicy z zarzutami. W poszukiwaniu rzetelnych informacji…